Za oknem zasłoniętym jedynie siatką, kilkaset hektatów dżungli. Leje tropikalny deszcz, w drzewach drą się cykady i jakieś ptaszyska a powietrze przecinają nietoperze...
Siedzimy w naszym pokoju w Gunung Mulu National Park (http://www.mulupark.com) w naszym bungalowie "Orchidea". Nie jest to może najtańsze zakwaterowanie, ale byliśmy tak zachwyceni tym co zobaczyliśmy po przyjściu do kwatery głównej parku, że nie chciało nam się już wracać do wioseczki. A że nie było wolne nic tańszego... to siedzimy w połowie własnego domku, mamy 25mkw pokoju, tarasik z rattanowymi mebelkami nad własną sadzawką, klimę, wentylator i siatki w oknach. O takich drobiazgach jak wc i prysznic nie wspominam... Oj poprawił nam się standard zakwaterowania od wczoraj :)
Ale po kolei...
Po zjedzeniu lunchyku (świetna zupa laksa - rybna z cebulą i przyprawami) poszliśmy poszukiwać naszych bagaży, które troskliwa ręka fińskiego przewodnika powinna już była dostarczyć na lotnisko w Kuchingu.
Pierwsze poszukiwania zawiodły nas do kantorka, w którym nie było ludzi tylko kartka aby się zgłosić do stanowiska Malyesian Airlines w hali przylotów. Sęk w tym, że takowego tam nie było. Dwiema sierotkami błąkającymi się po lotnisku zainteresowała się kobita w mundurze, która skierowała nas do sekcji normalnie zamkniętej dla odwiedzających lotnisko każąc powołać się na nią (nazwałem ją w myślach panią generał).
Plecaczki w każdym razie czekały na nas w kantorku a uśmiechnięta kobitka wydała nam je po podpisaniu dwóch papierków.
Taksówką dojechaliśmy do polecanego przez LP hostelu Sangganah. Super miejscówa. Czyściutko. Pomocna ekpia. Blisko do rzeki.
Jedyną kwestią był fakt, że ostatni wolny pokój to był Honney Moon suite z łożem z baldachimem :) Wzięliśmy, bo się nam już chodzić specjalnie nie chciało. A co! :)
Mały spacer wieczorkiem po Kuchingu nie przyniósł jakichś wielkich odkryć. Ot, spacerek brzegiem rzeki po promenadzie, którą można zobaczyć w każdym większym mieście. Tyle, że oczywiście cieplutko jak przystało na miejścowość położoną raptem kilkaset km od równika. Poza tym, normalne światowe marki hoteli, jakieś ryneczki z turystyczną tandetą itd.
Wróciliśmy do naszego hosteliku, bo na dachu mieścił się bar z hamakam, piwkiem, internetem itd. Zaopatrzyliśmy się w lokalesowego Tiger'a (piwko) i zajęliśmy się zdjęciami, które czekały na zbackupowanie i wrzucenie do netu. Okazało się, że to praca strasznie wyczerpująca i musieliśmy(!) :) pójść na miniaturowe kebaby robione w jakiejś budce nad rzeką. Padliśmy spać około 23:00 - jeszcze jesteśmy rozregulowani jetlagiem.
Rano hostelik fundnął nam śniadanie z tostów z dżemem, kawy i arbuza. Zaczęliśmy od międzynarodowego skandalu, bo okazało się, że tosty, które zaczęliśmy od razu smarować masłem, były nastawione przez jakieś Niemki czy Holenderki, które z przerażeniem obserowowały zza naszych pleców, jak słowiańscy barbarzyńcy odbierają im posiłek :)
Zażegnaliśmy kryzys między krajami UE i taksówką pojechaliśmy na lotnisko, gdzie czekał już na nas samolot MASwings do Mulu (jedyna 100/os). Z całego lotu do Mulu najlepsze było lądowanie. Niby człowiek czytał w tylu książkach podróżniczych, że ten czy ów wylądował na "spłachetku ziemi wyrwanym dżungli i przerobionym na lotnisko", ale czytać a doświadczyć to nie to samo.
Jakieś 100 km przed Mulu samolot leci już dość nisko nad dżunglą. Na tyle, że można rozróżnić pojedyncze skały w nurcie rzek i oddzielne drzewa. Potem zniża się coraz bardziej i zaczyna lecieć nad doliną, ale poniżej szczytów otaczajacych go z obu stron gór. Wreszcie leci już baaaaardzo nisko nad dżunglą, która w pewnym momencie się ucina i okazauje się, że jesteśmy jakieś 300m przed początkiem pasa startowego, po którego bokach jest regularny las tropikalny i tylko jakieś baraczki wielkości dworca we Wrzeszczu udają tutejsze lotnisko.
Pierwsze uderzenie gorącego i mokrego (bo ono już nie jest tylko wilgotne, wydaje się że idziesz zanurzony w wodzie, która jest tylko na tyle rozrzedzona, że możesz oddychać) po prostu zwala z nóg i powoduje, że wszystko co szklane (od okularów przez obiektywy pokrywa się parą). Po chwili jednak czuje się tu człowiek - nomen omen - jak ryba w wodzie i odebrawszy bagaże idziemy na spotkanie pań, które za 5RM wręczają nam kupony na transport do dyrekcji parku narodowego.
Po wyjściu z samochodu idziemy przez linowy most przerzucony nad rzeką otaczającą Gunung Mulu National Park od "wioski" (2-3 domy) Mulu. Na miejscu, widok dżungli wiskającej się praktycznie w każdy budynek mieszkalny i porastającej gęsto widoczne wokół góry jest powalający. Wszystko jest pachnące, rozkrzyczane, wymyte tropikalnym deszczem, lśniące i parujące. Super.
Przy meldowaniu się leśnikom, dogadujemy się na nocleg w bungalowie (możnaby może trochę taniej na drugim brzegu rzeki, ale kto by wychodził z raju na własne życzenie). Umawiamy się też, że w miejsce trekingu polegającego na pójściu w dżungle, wspinaczce na Pinnacles i powrocie do centrali parku (co planowaliśmy oryginalnie), zrealizujemy nasze marzenie i pójdziemy na wskroś Parku, wleziemy na wspomniane Pinnacles a potem już sami we dwójkę pójdziemy szlakiem łowców głów (Headhunters Trail) do wioski po drugiej stronie gór.
Headhunters Trail, to droga którą łowcy głów dreptali dość regularnie na wybrzeże, żeby tam zdobyć pare czaszek do swojej kolekcji. Dziś jest to 11km dobrze oznaczonym (podobno:) szlakiem przez dżunglę do wioski, w której ma na nas czekać facet z łodzią, który zabierze nas najpierw do tzw. longhouse (chata tubylców), gdzie spędzimy noc a na drugi dzień jeszcze kawałek łodzią i potem paręnaście km dżipem do miasta Limbang (albo tam zostaniemy albo od razu dalej łodzią do Kota Kinabalu).
Zapowiada sie emocjonująco i baaaardzo przygodowo.
Po meldunku, przebraliśmy sie i praktycznie od razu poszliśmy na spotkanie z przewodniczką, która zabrała nas i 4 innych osób na spacer (3km) do jaskini jeleni (Deer Cave) oraz Lang Cave.
Kobieta okazała się fanatyczką dżungli w najlepszym tego słowa znaczeniu. Widać, że ma wiedzę oraz że po prostu kocha te wszystkie rośliny, robaczki, nietoperze i inne cudaki, które było widać po drodze.
Sam spacer był bardzo łatwy, bo te szlaki najbliżej centrali parku są wyłożone drewnianym chodnikiem więc idzie się bardzo łatwo.
Pierwsza jaskinia, Lang Cave, ma oszałamiające twory krasowe. Pełno stalaktytów, stalagmitów i innych "mitów" :) Przyjemna temperaturka i super widok z wnętrza jaskini na zieloną dżunglę u jej wylotu.
Położona obok Deer Cave jest ogrooomna. Czytaliśmy o tych ponad 100m średnicy jej wejścia, ale tam trzeba stanąć żeby zobaczyć tę wielkość. Zasiedla tę pieczarę kilka milionów nietoperzy co widać głównie po ilości czarnych odchodów na dole i zapachu amoniaku w powietrzu. Nietoperze wylatują codziennie na łowy i to jest spektakl na który czekają turyści, bo te parę milionów lataczy rusza prakycznie na raz co daje efekt podobny do widoku roju pszczół... Uprzedzając fakty: nam się nie udało tego zjawiska zobaczyć, bo rozszalał się potężny deszcz i stworzonka wolały siedzieć głodne w jaskini niż moczyć futerka i obijać głowy (podobno w deszczu ich echolokacja nie działa za dobrze).
Spacer po samej jaskini to chyba z godzina. Pieczara jest naprawdę wielka. Po drodze widać skały, które z jednego miejsca przypominają wypisz wymaluj profil Abrahama Lincolna. Na końcu za to, okazuje się, że duża część jaskini zawaliła się przed wielu, wielu laty , zarosła dżunglą i powstał "Ogród Edenu" - kompletnie odcięta od reszty świata kotlinka. Super to wygląda.
Jak wspominałem, nie doczekaliśmy się nietoperzy i już samotnie wróciliśmy do centrali parku na kolacje i zakupy żywnościowe (w dżungli przez najbliższe 2 noce gotujemy sami).
Skompresowaliśmy dwa plecaczki w jeden (nawet kosztem pozostawienia paru koszulek itd. na straty), bo jutro targamy ten cały towar 8km przez dżunglę (a pojutrze - 11km). W sumie okazuje się, że mamy wszystko oprócz środka na komary (akurat się skończył) - zobaczymy, może nas nie zjedzą.
No i tyle. Zobaczymy jak to będzie jutro. Podobno wejście na te Pinnacle, to 2,4km drogi ale 1200m różnicy poziomów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz