Z samego rana poszliśmy na śniadanko i zrobić aprowizację na 3 dni w dżungli. Na miejscu zamówiliśmy naleśniki (Dominika) i "asian style" (ja).To drugie przyszło w formie kupki ryżu, garstki prażonych orzeszków, jajka na twardo i ... usmażonych w całości, na chrupko malutkich rybek! No cóż, spojrzałem na rybki, rybki spojrzały na mnie i łyżka w dłoń. Nawet zjadliwe było...
W punkcie zbiórki najpierw spotkaliśmy parkę Francuzów, którzy razem z nami robią Pinnacles i Headhunter trail. Fajnie. Zawsze to raźniej maszerować we czwórkę niż w dwójkę. Okazało się, że są nauczycielami francuskiego i pracując w swoim zawodzie, siedzieli już w Stanach, gdzieś tam i obecnie w Singapurze. Fajna robota.
Po chwili przyłączyły się dwie Angielki, które idą z nami tylko na Pinnacles i potem wracają do bazy.
Początek drogi polegał na podpłynięciu płaskodenną łódką do Jaskini Wiatru (Wind Cave) oraz do Jaskini Czystej Wody (Clearwater Cave).
Obie okazały sie całkiemfajne. W jaskini wiatru przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia między kolejnymi pieczarami, w których to przejściach rzeczywiście trochę wiało, ale generalnie bóg wiatru miał chyba raczej wolne, bo ten powiew był ledwo ledwo wyczuwalny :) Niemniej formy skalne, zwłaszcza w Komnacie królewskiej były obłędne. Różnego rodzaju stalaktyty i stalagmity, często połączone w kolumny albo ukształtowane w zasłony skalne. Dyskretnie tu i ówdzie podświetlone. Bardzo ładnie.
Uroda drugiej jaskini polegała raczej na tym, że płynie przez nią regularna rzeka (taka na 10-15mszerokości). Oczywiście powyżłabiała jaskinię na wszelkie możliwe sposoby. Co ciekawe, woda w niej w ogóle nie jest zimna - możnaby się spokojnie wykąpać.
Po małym, zabranym z domku, podwieczorku, ruszylismy w górę rzeki do Camp 5. Okazało się, że przewodnik z nami nie płynie i że sternicy po prostu wysadzą nas na początku 8-kilometrowej ścieżki, którą mamy sobie przejść samemu a na końcu będzie czekał na nas w/w obóz. Super ;)
Droga przez dżunglę była naprawdę przygodowa. Przez zwalone drzewa, korzenie, wiszącymi mostami, kładkami przez błota. Ostatnie 2 km szliśmy w potokach tropikalnego deszczu. Cieplutko jak pod prysznicem :) Trochę ciężko było z dwoma plecakami (małym i dużym), ale jakoś się wtaszczyliśmy na miejsce.
Camp 5 okazał się klimatyczną grupką kilku domków na palach. Nad rzeką, w cieniu gór, ze ścianami o wysokości 1,5m, podniesioną drewnianą podłogą i moskitierami (wypożyczonymi za 10RM).
Najlepszy punkt na poczatek programu, to było wykąpanie się w rzece. Tak! Pływałem sobie w rzece na Borneo. Jakby mi to ktoś powiedział wcześniej to bym nie uwierzył. Każda rzeka w tropikach to krokodyle, piranie itp - prawda? A tutaj, normalna górska rzeka tyle że woda jakieś 25 stopni :) Pycha
Ugotowaliśmy już ryż na jutro i zaraz idziemy na odprawę z przewodnikiem. A jutro o 6-7 rano - wyruszamy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz