wtorek, 1 listopada 2011

Pinnacle

Dnia 1 listopada (co za data swoją drogą) wstaliśmy o piątej rano, żeby być gotowym do wspinaczki na 6:30. Okazało się, że - oprócz naszej francusko-polskiej czwórki - idzie z nami w górę jeszcze dwójka Amerykanek i dwójka Japończyków (ale ci ostatni już z innym - bardzo śmiesznym - lokalnym przewodnikiem).
Trzeba powiedzieć, że nasz przewodnik - Jugin - nastraszył nas wieczorem dość mocno. Pokazał całą trasę na tablicy i z tego rysunku wynikało, że płasko to jest pierwsze 200m (z całej długości trasy = 2,4km) a potem mamy stałe nachylenie między 45% a 75% z momentami całkiem pionowymi (po drabinach). W dodatku wisi na każdym presja czasowa, bo w określonych pkt trasy nie możesz być później niż o godzinie X (motywowane to jest tym, żeby zdążyć na dół przed zmrokiem). Jeśli się spóźnisz na pkt kontrolny, to albo tylko ty albo cała grupa musi zawrócić (zależy, o którym punkcie mowa). W dodatku, w Kuching czytaliśmy jakieś wpisy w książce hostelowej, o tym że pół jakiejś grupy nie dało rady, że British Army nie dawało rady (sic!) itp. Wiec w sumie poszliśmy spać trochę zmarkotniali czy damy radę.
Raniutko zjedliśmy pół kilo ryżu z kurczakiem curry na ostro. Spakowaliśmy parę batoników i po 3 litry wody na łebka do plecaków i... poczuliśmy się przygotowani do trasy. Dołączyła reszta grupy (hitem była Amerykanka w trampeczkach) i ruszyliśmy.
Rzeczywiście, po dwóch metrach skończyła się w miarę normalna ścieżka przez mokrą dżunglę i zobaczyliśmy rumowisko głazów (jakies 70%) wcśnięte między dwie pionowe skały i przyczepioną na górze liną. To była nasza droga.
Po chwili okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Skały są super twarde i można się chwytać każdego wsytępu. Mnóstwo korzeni, na których się można podciągnąć no i lina... W każdym razie szło się całkiem raźnie i z każdym krokiem byłeś o pół metra do góry.
Dla bywalców Gór Swiętokrzyskich: należy sobie wyobrazić marsz w górę gołoborza na Łysicy, tylko że zlewanego codziennie ulewą, poprzerastanego korzeniami drzew no i przy temp 25-30st oraz wilgotności powyżej 80%.
Cały czas szło się pod górę. Bez żadnych wypłaszczeń czy zakrętów. Po prostu droga wzdłuż kamienistego zbocza porośniętego dżunglą.
Na 1500m zostawiliśmy w korzeniu zwalonego drzewa po butelce wody, żeby mieć co pić w drodze powrotnej i nie targać jej niepotrzebnie w dwie strony. Odpczęliśmy też na mini pinnacle skałkach wysokości 3-5m i szerokich na około metra a zakończonych cienkim jak nóż ostrzem. Odtąd przewodni zmienił swoją pozycję i szedł już na końcu grupy a my zasuwaliśmy dalej. Momentami bardziej przypominało to wędrówkę na czworaka. Czepiając się gałęzi i skał zdobywaliśmy kolejne metry w górę.
Punkt kontrolny, który musieliśmy osiagnąć przed 11:00 (żeby móc myśleć o powrocie za dnia)osiągnęliśmy o 9:30 więc szło nam nieźle i to bez jakiegoś wielkiego natężania.
Po chwilowym wypłaszczeniu (czytaj: nie szło się jak po schodach na klatce schodowej tylko jak w górę Monciaka w Sopocie) dotarliśmy do pierwszej drabiny. No i tu się zrobiło ciekawie.
Drabiny jak drabiny. Są ich krótkie odcinki więc nie trzeba się obawiać, że nagle się przemieszczasz 20m w pionie i masz pod sobą 10m pustki.Najciekawesze są jednak przejścia rumowisk głazów. Praktycznie wspinasz się z głazu na głaz, trzymając się skał, lin, korzeni. Stąpając po kamieniach, klamrach metalowych, poziomych kładkach itp. Nie jest to straszne nawet dla ludzi z lekkim lękiem przestrzeni, bo wszysko odbywa się w dość wąskich przejściach skalnych, porośniętych drzewami więc nie jest to tak, że jesteś zawieszony na jakiejś skalnej półce a wokół siebie masz kilometrowe przepaście.
Niemniej przygoda jest niezła. Wymaga trochę kondycji, ale daje sto razy większą satysfakcję niż dowolny park linowy.
Z Donką byliśmy pierwsi na szczycie i przez dobre 10min mielismy go tylko dla siebie. A widok był powalający...
Widzieliśmy oczywiście zdjęcia Pinnacles w przewodniku i necie (ba, były jednym z powodów do wciągnięcia Gunung Mulu na naszą listę). Niemniej, to co widać na żywo jest jednocześnie piękne i nierealne.
Trzeba sobie wyobrazić, że z czubka góry, którą właśnie zdobyłeś, patrzysz na przeciwległe zbocze, które wygląda jak poprzeszywane od dołu ostrzami kamiennych noży. Ostrza skalne, mają maks po 1 metr grubości a na samym czubku nie są grubsze nż pół cm! Są odległa od siebie o kilka metrów. Wokoło dżungla i obłoki mgły, nachodzącej momentami na tę scenerię. Totalny odlot!
Po chwili dołączyła reszta grupy i my zajęliśmy się jedzeniem kolejnej porcji ryżu z kurczakiem, którą przygotowalismy sobie na dole. Smakowało wybornie. Pachniało najwyraźniej też, bo zjawiły się wokół nas jakieś ni to szczurki ni to wiewiórki, które zwabiło nasze jedzonko i - poczęstowane grudkami ryżu - nie pogardziły przysmakiem.
Po chwili Donka zwinęłe się na kamieniu do snu a ja drzemałem "na dzięcioła". Łatwo się domyśleć, że reszta grupy miała niezły ubaw ze śpiochów i możliwe, że zrobili nam więcej zdjęć niż Pinnacles'om.
Dotarli też Japończycy i okrzyki zachwytu pani Japonki zostaną mi w uszach. Bo jeśli nacja tak wstrzemięźliwie wyrażająca emocje, literalnie krzyczała tu z zachwytu, to znaczy że Pinnacle to naprawdę miedzynarodowy cud.
Droga w dół od początku była trudniejsza niż w górę. Schodzenie tyłem do skały czy drabinki nie dawało takie poczucia kontroli i trzeba się było pilnować dwa razy lepiej. W sumie jednak trudności zaczęły się dopiero po tym jak przeszliśmy drabiny. Schodzenie po stromym zboczu z kamienia na kamień nie jest lekkie w żadnych warunkach, ale gdy jesteś w tropikalnym lesie, kamienie są porośnięte mchem, w poprzek szlaku masz miriady korzeni a do tego zaczyna lać tropikalna ulewa, to zaczyna się całkiem ciekawe ćwiczenie :)
W sumie jednak szło nam bardzo dobrze i z naszymi Francuzami schodzilismy sobie raźno na dół całą czwórką. Niestety, nadwyrężyłem w połowie drogi kolano (wcześniej uszkodzone na nartach) i praktycznie 1.5 km w dół przeszedłem tyłem, podtrzymując się drzew i korzeni.
W sumie dzięki temu, odkryłem największe zwierze na naszym szlaku. Złapawszy się którego z kolei drzewka, poczułem pod rękami coś drapiącego co natychmiast zwiało do góry. Okazało sie, że złapałe, w ten sposób 20cm jaszczurkę, która siedziała na pniu i dopiero mój uścisk skłonił ją do ucieczki na góre. Francuzom udało się zobaczyć na szlaku węża, ale wtedy byli już dobre 30 min przed nami.
Ostatnie 2 godz szliśmy w strugach potwornego deszczu. I mówiąc "potwornego" nie mam na myśli stania pod zwykłym prysznicem,chyba że jest on sikawki strażackiej. Nawet nie fatygowałem się zakładaniem kurtki p.deszczowej, bo moknięcie w tym klimacie, zwłaszcza gdy jesteś przepocony, jest przyjemnością. No i tak sobie człapaliśm z kamienia na kamień, od drzewka do drzewka i powoli docieraliśmy do punktu, z którego słychać było już szum rzeki.
Wcześniej mieliśmy pomysła, żeby po powrocie od razu, we wszystkich ciuchach wejść do rzeki, ale ciągle lało, w rzece zrobiło się dużo więcej wody a przede wszystkim nie był już klarowna, tylko płynęła jakaś kawa z mlekiem.
Ogólnie, był to najlepszy dotychczas dzień na borneo: z dżunglą, wyzwaniami, pięknymi widokami, tropikalną burzą i spartańskim schronieniem na końcu!
Zmęczeni byliśmy masakrycznie (cała droga zabrała nam 8,5godz) więc po kolacji z zupki błyskawicznej mieliśmy siły tylko na małą partyjkę dengi z naszymi francuzami i pójście spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz