No to poszaleliśmy i pospaliśmy sobie do 7:00. A co! Grupka wychodząca dzisiaj na Pinnacle starała się z całej siły obudzić nas koło 5:00, ale się nie daliśmy... Jednak czujemy w nogach te wspinaczkę wczorajszą... Na szczęście moje kolano wydobrzało i ogólnie czujemy się na tyle dobrze, żeby z 15kg plecakami przejść Szlak Łowców Głów (Headhunters trail), który poniesie nas najpierw 11km pieszo przez dżunglę, potem jakieś 2-3 godz łodzią w dół rzeki i wreszcie ok 50km autem do miasta Linbang. W ten sposób odpadnie nam konieczność zakupu biletu na lot z Mulu no i będzie okazja najpierw się przejść dziewiczą dżunglą a potem spłynąć dżunglową rzeką :)
Jakoś się nie doliczyliśmy zupek i w efekcie na śniadanie została nam tylko jedna paczka. Na szczęście zawiązane przyjaźnie procentują i poznany wczoraj lokales (przewodnik tej dwójki Japończyków) obdarowuje nas jedną paczuszką z zupką błyskawiczną. David i Cristal wcinają już z nami i za chwilę będziemy się zbierać w drogę.
Koleś udzielił nam rady na pijawki - podobno dobrze jest posmarować skarpety Tiger Balm (znana kiedyś w Polsce maść z tygryskiem). Jak poradził tak robimy. Ponieważ wcześniej naczytaliśmy się też, że dobrze jest mieć wysokie skarpety, w które wpuszcza się spodnie a najwyraźniej i w Polsce i w Singapurze wysokie skarpety najłatwiej zakupić w sklepach dla piłkarzy, to wyglądamy wszyscy czworo jak drużyna futbolowa :)
Słowo o naszych Francuzach. David i Crystel są nauczycielami z Francji, którzy od parunastu lat pracują we francuskich szkołach poza granicami swojego kraju. W ten sposób wylądowali na dwa-trzy lata w Luizjanie, na Bali i teraz w Singapurze. Przebywa się z nimi bardzo łatwo, bo każy ma czas dla siebie i nawet jak robimy coś razem, to nie łazimy ramię w ramię czy też bez przerwy rozmawiając po angielsku, ale jest czas na pogadanie ze sobą, czy zwiedzanie/spacerowanie we własnym tempie. Do tej pory przeszliśmy razem od rzeki do Camp 5, potem szlak na Pinnacles, Headhunter Trail i dalej w Limabngu i Brunei (nie uprzedzając faktów).
Ścieżka przez Headhunter Trail jest całkiem przyjemnym, w miarę płaskim szlakiem przez dżunglę. Troszkę bardziej naturalnym niż szlak między Camp 5 a rzeką co widać na przykład po mostach: nie są już to mosty o metalowo-drewnianej konstrukcji wiszące na stalowych linach, ale np. most upleciony wyłącznie z naturalnych lin (idzie się po 3 grubych linach związanych razem, trzymając lin bocznych i uważając żeby nie wpaść do rzeki pod spodem).
Przez całe 11 km marszu, dżungla pachnie bardo przyjemnie dla tych co lubią zapach lasu. Idzie się to po opadłych liściach, to schylając się pod zwalonymi drzewami, to przełażąc przez większe czy mniejsze potoki. Dookoła hałasy ptaszysk, małp itp, choć po prawdzie, to zwierzyny nie widać, bo wszystko dzieje się jakieś 40m nad nami więc dla ludzi zostaje podziwianie mrówek, owadów i ... pijawek.
Pijawki były jednym z najczęstszych tematów naszych rozmów jeszcze w Polsce. Obejrzeliśmy dostępne na YouTube filmy (wystarczy wpisać "junglecraft" - bardzo sympatyczny gość opowiada o podróżowaniu w dżungli), przedyskutowaliśmy strategie (od krótkich spodenek i sandałków do opcji pancernej z buciorami do łydki i grubymi spodniami). Nauczyliśmy się zawczasu jak od siebie pijawkę odrywać itd. Na miejscu dołożyliśmy do tego szczyptę wiedzy lokalesowej (w rodzaju "smarować skarpety tiger balm'em"). Wszystko na nic :)
Po pierwszych 8km znad rzeki do obozu, myśleliśmy że jesteśmy świetni w unikaniu tych robaczków, bo przyszliśmy bez jakichkolwiek śladów podczas, gdy np Norweg z sąsiedniej "pryczy" wyjmował sobie pijawkę spod gaci, bo jakimś cudem przyssała mu się do pośladka.
Za to w czasie Headhunter Trail Donia zaliczyła chyba ze 6 zwierzaczków, David i Crystel po jednej a mnie - mimo, że nic nie czułem - przytrafiło się też min. jedno ugryzienie (zwierzaka nie widziałem, ale mam krwawą kropkę pod kostką). Jednym słowem, mimo wszelkich sposobów, dżungla wzięła sobie od nas co chciała. I dobrze - taka raz napita pijawka może przetrwać bez jedzenia przez około rok więc o tyle mniej krwiożerczych bestii czeka na naszych następców na szlaku aż do listopada 2012 :)
Headunter Trail pokonaliśmy aż w 4,5 godziny robiąc po drodze może kwadrans postoju na kąpiel w rzece w środku dżungli. Znaczy kąpał się tylko David - całej reszcie nie chciało się przebierać.
A jak o przebieraniu mowa
Druga duża debata przed wyjazdem dotyczyła obuwia do dżungli. Znowu z pomocą przyszedł w/w gostek z YouTube i wiedzieliśmy, że raczej nie ma co wybierać się w sportowych adidasach ani w ciężkich buciorach. W efekcie ja zakupiłem wojskowe butki dżunglowe a Donia pozostała przy swoich butach trekkingowych za kostkę i na vibramowej podeszwie.
Co można powiedzieć po pierwszych paru dniach łażenia po lesie tropikalnym?
Na pewno nie ma co liczyć na nieprzemakalność butów. Gorotex, nie gorotex - jeśl leziesz przez las w czasie deszczu tropikalnego to BĘDZIESZ miał mokro w butach, żebyś nie wiem co robił.
Miękka podeszwa jest rzeczywiście lepsza niż twarda, bo lepiej się trzyma na korzeniach, mokrych kamieniach itp. Musi jednak być odpowiednio gruba, żeby nie czuć przez nią na wskroś skał i nierówności. Co prawda, idąca z nami na Pinnacle Amerykanka dotarła tam i spowrotem w zwykłych trampkach, ale zajęło jej to kilka godzin dłużej niż nam i chyba tylko cudem nie skręciła kostki.
Generalnie, gdybym miał kupować jeszcze raz, to albo bym się zdecydował na takie buty jak mam (czyli kopię wojskowych butów dżunglowych dla USArmy) albo kupił ich odpowiednik z jednej firm turystycznych (ludzie chwalili NorthFace'y i Columbie). Ewentualnie przyzwoite buty trekkingowe z maksymalnie agresywnym bieżnikiem i miękką podeszwą.
Wracając do naszej eskapady...
Na końcupieszej części czekał na nas wysłannik lokalesa, z którym wcześniej umówiłem się telefonicznie na rejs łódką w dół rzeki.
Zapakowali nas wszystkich do długiej na jakieś 15m łódki i zaczęliśmy rejs.
Dżungla z poziomu rzeki wygląda trochę inaczej niż gdy się przez nią idzie. Przede wszystkim, w czasie marszu patrzy się głównie pod nogi, żeby nie wywalić się na jakimś kamieniu czy korzeniu i nie ma za bardzo jak rozglądać się dookoła (dochodziło do tego, że mijając drzewo grubości domku jednorodzinnego, zauważaliśmy je dopiero, gdy ktoś przypadkiem podniósł głowę i okrzykiem zwrócił uwagę pozostałych). Po drugie, w marszu jest ciemno, bo korony drzew zabierają większość światło. No i po trzecie - w marszu pachnie stęchlizną: zapach świetny dla tych co lubią takie klimaty (jak ja), ale jednak jakoś szczególnie powabny to on nie jest.
Płynąc rzeką masz na sobie słońce i z góry (bo drzewa już tylko na brzegach) i z dołu (bo się w wodzie odbija). Pachnie wodą i szlamem (czyli inna woń Przygody). A głowę masz głównie w górze, bo wypatrujesz tych wszystkich zwierzaków, które chciałeś zobaczyć wybierając się na Borneo (notabene, przez całą podróż do Limangu widzielismy tylko parę ptaków - wyżarli te wszystkie krokodyle czy co? :)
Po dwóch godzinach zaczęło zwyczajowo lać jak z cebra. Na szybko płynącej łódce zrobiło się chłodno. Przybiliśmy do wioski w środku lasu, w której planowaliśmy spać, ale kolektywnie zdecydowaliśmy, że jednak wolimy już dopchać się jednym ciągiem do miasta niż poniewierać po jakichś ruderkach w tym miejscu. Może innym razem, bo klimat jakiś przecież ono miało...
Ostatnie pare kilosów pokonaliśmy mini-vanem, który dowiózł nas poprzez pola ryżowe, uprawy palmowe, jakieś żwirownie itp. do miasta Limbang i hotelu Purnama.
Hotelik okazał się czysty, z dużymi pokojami, kosztujący ok 100RM więc już dalej się nie rozglądaliśmy, tylko zabookowaliśmy i... padliśmy spać. Wieczorkiem wrzuciliśmy nasze mokre i śmierdzące ciuchy do pralni naprzeciwko hotelu (do odebrania nazajutrz) i wybraliśmy się z Francuzami do chińskiej knajpki na kolację (tylko chińskie restauracje serwują tu piwo - reszta co najwyżej mocną herbatę).
Kolacja była obfita, pełna śmiechu i bardzo smaczna. Po drodze zdecydowaliśmy się, że nie ruszamy dalej od razu jutro, ale na jeden dzień robimy wypad do pobliskiego Brunei. Tak z ciekawości jak wygląda super-bogaty kraik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz