Z Limbangu gdzie mieszkamy, do Brunei dojeżdża się najłatwiej taksówką do granicy (po 15RM za osobę) a potem do stolicy sułatantu busikiem za jednego dolara bruneańskiego.
Rano wymieniliśmy 200 RM na pieniądze Jego Wysokości Sułtana i ruszyliśmy w kierunku granicy. Tamże przekroczyliśmy bez problemu wszelkie formalności i znaleźliśmy się w Brunei - kraju, o którym nie sądziliśmy, że kiedykolwiek się w nim znajdziemy. Już szliśmy w kierunku przystanku busikowego, gdy nagle zatrzymał się jakiś samochód osobowy a kierowca zaczął machać ręką pokazując, że nas podwiezie. To się nam trafiło. Pal diabli koszt autobusu, bo dwa $B nie majątek, ale po pierwsze dużo szybciej a po drugie okazało się, że kierowca ma brata, który obwozi ludzi łódką wokół najważniejszych miejsc stolicy, Zażądał po $B15 od łebka, ale mając tylko kilka godzin na zwiedzanie nie chcieliśmy marudzić i bralismy co dawali.
Po drodze, widoki na Brunei wcale nie pokrywały się z moim wyobrażeniem. Zdawało się, że opływający w kasę z ropy naftowej kraj będzie miał wszystko wymuskane: super drogi, wszystkie budynki powyżej pewnego standardu itd. A tu okazało się, że Brunei to kraj kontrastu: kilkaset metrów od hoteli po $B3000 noc stoją chatki lewd sklecone z jakichś desek, folii i blachy.
Po dotarciu na miejsce, przejął nas brat naszego kierowcy i zabrał na przejażdżkę łódką wokół "wioski na wodzie" oraz do lasu mangrowego podglądać zwierzęta. I okazało się, że była to decyzja w dziesiątkę. Tylu zwierząt co w czasie tego mini-rejsu nie widzieliśmy przez parę dni w środku dżungli. Najpierw sternik wypatrzył kilka krokodyli na brzegach rzeki (ależ to zwierzątko potrafi szybko biegać, gdy je przestraszyć), potem kilka dużych jaszczurów, węża mangrowego oraz - hicior - stado proboskis monkey (małpek z wybitnie przedłuzonym nosem).
Po rejsie wpadliśmy do jadłodajni w domu towarowym na rózniaste jedzonko. Brunei zachowało się przyzwoicie, bo zezwoliło ulewie na przejście nad miastem akurat wtedy gdy my siedzieliśmy spokojnie w restauracji.
Po obiadku poszliśmy oglądać ogromny meczet. Nie można było wejść do środka, bo trwały przygotowania do piątkowych modlitw, ale nawet z zewnątrz była to budowla elagancka i okazała. W przeciwieństwie do muzeum pamiątek królewskich, które szybko okazało się dość monotonnym ciągiem wystawionych na pokaz prezentów jakie Pan Sułatan otrzymał od osobistości z całego świata.
Po tym zwiedzaniu uderzyliśmy na dworzec autobusowy i wsiedliśmy do busa, zmierzającego ku granicy. Sama podróż powrotna minęła bez większych emocji i wieczorkiem wrócilismy do Limabngu aby dzień zakończyć kolejną superancką kolacją w chinskiej knajpie w towarzystwie francuskich przyjaciół.
Jutro wstajemy o 6 żeby o 8:00 ruszyć łodzią w kierunku Kota Kinabalu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz