Donka i Kedas na Borneo
Wyprawa na Borneo w pazdzierniku i listopadzie 2011
sobota, 19 listopada 2011
ps. wrzutki filmowe
Sipadan i rekin
Wypływamy z jaskini zółwi
(prawie) zderzenie czołowe z żółwiem
Wpływanie w ławice jack fish
Ławica ryb
Donka płynie nad rafą
"Rafa akwarystyczna" :)
Bangkok...
Duch tego miejsca zawsze mnie zadziwia i zawsze fascynuje i ujmuje za serce. Pewnie, że sporo tu komerchy, pewnie że ze sklepików i knajpek zalatuje szmirą, ale... Ale ludzie przyjeżdżają tu albo przed albo w trakcie albo po swojej Przygodzie. Są oderwani od swojej codzienności. Prawnicy, bankowcy i - nieprzymierzając - informatycy chodzą tutaj w postrzępionych koszulkach, kupują tanie t-shirty, dają sobie masować stopy za symboliczne 10zł... Warto tu pobyć chociaż jeden dzień żeby wchłonąć w siebie tego ducha i na długo zapamiętać, że są rzeczy które cieszą, które ma się w sobie...
Wbiliśmy się do hoteliku i wyruszyliśmy na poszukiwanie pamiątek i drobiazgów dla bliskich.
Przebijamy się przez różne stoiska, targujemy (zawsze zaczynając od 50% ceny wywoławczej i lądując w okolicach 60-70%). Miło się tu robi zakupy. Wiadomo, że jesteś okrutnie naciągany, ale... no właśnie, czy będzie się to pamiętało za parę miesięcy patrząc na pamiątkowe t-shirty, rzeczy stojące na szafkach czy wiszące na ścianach?
Daliśmy sobie zrobić za 20zł od łebka świetny tajski masaż. Teraz czekam na Donkę, która gdzieś tam robi sobie manicure i pedicure. Sam robię zakupy urodzinowe dla mojego starzejącego się brata :)
A jutro pobudka o 6:00 i na lotnisko. Czas wracać...
Gdańsk - Helsinki - Bangkok -Kuala Lumpur - Kuching - Mulu - Limbang - Kota Kinabalu - Lahad Datu - Sukau - Sandakan - Tabin - Semporna - Mabul - Tawau... 28.10 - 19.11.2011
Kota Kinabalu - lotnisko
Rano drepczemy na piechotę na lotnisko. Wbijamy się na lot AirAsia do Kuala Lumpur (czyli żegnamy się definitywnie z wyspą Borneo) i właśnie pijemy kawkę korzystając z lotniskowego internetu...
piątek, 18 listopada 2011
Powrót cz 1: Mabul - Semporna - Tawau - Kota Kinabalu
Niemrawo się zwijamy z pokoju, w którym spędziliśmy ostatnie kilka dni. Jakoś dziwnie z tym uczuciem, że dziś już nie nurkujemy (nie wolno na 18h przed lotem). Powoli się przenosimy z bagażami do stołówki, padamy na fotele w barze i na przemian albo coś grzebiemy w necie (który się magicznie pojawił i jaki jest taki jest, ale w ciągu 3godz pozwala bezpiecznie załadować zdjęcia do netu) albo czytamy książki.
Donia kończy swoje romansidło wakacyjne, które zanabyła jeszcze w Kota Kinabalu a ja skaczę między opisami poszczególnych krajów w książce Marco Polo a jakąś sensacyjką MacLean'a (siła Kindla - mam ze sobą kilkaset książek :) - nawet Donka się przekonuje do czytnika chociaż dla zachowania twarzy ciągle podkreśla, że nie ma to jak szelest papieru i zapach książki (no, ma rację, ale jak popatrzysz na wagę Kindla i normalnych książek - to w podróży nie ma to jak eBook).
Wieczór wcześniej przeżyliśmy chwilę zwątpienia, bo za Chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć czy my w końcu kupiliśmy bilet lotniczy z Tawau do KK czy tylko zamierzaliśmy go kupić. Po dłuższych poszukiwanaich, odnajdujemy potwierdzenie z MASwings, że rezerwację mamy.
Na marginesie: do podróżowania wewnątrz Borneo szczerze polecamy MASwings. Jest to tania odmiana Malysian Airlines. Mabardzo dużo połączeń między najwazniejszymi punktami Sarawaku i Sabahu. Często jest tańsza od kultowej AirAsia, bagaż główny masz w cenie, wybór miejsca (przy web check-in) za darmo a na pokładzie ciasteczko i coś do picia w cenie biletu. Lataliśmy z Kuchingu do Mulu (100RM/os), z KK do Lahad Datu i z Tawau do KK. Wszystko w porzadku, z miłą obsługą. Nic tylko latać między parkami narodowymi Borneo.
Robimy trochę pożegnalnych zdjęć.Zjadamy lunch i do łódki. Odbijamy i za nami zostają plaże i rafy Mabulu. Dobre miejsce to było. Świetne nurki, super wypoczynek,fajni ludzie...Na przystani w Sempornie kasują nas za nurkowanie nocne, transport łodzią i transport do Tawau (van już czeka). Nie jest najtańsze to Scuba Junkie, ale warte każdego ringitta. Organizacja na wysokim poziomie, sprzęt niewyeksploatowany (jak sobie porównam z łachmanami i zacinającymi się regulatorami w tajlandii rok temu.... !!!), kompetentni dive masters, super miejsca nurkowe i sam ośrodek na Mabulu niewyszukany, ale bardzo bardzo przyjemny... Polecamy czystym sumieniem.
W Sempornie też spotykamy Polaków z Warszawy, z którymi wcześniej rozmawialiśmy na Mabulu. Byli dziś na Sipadanie i... nie są rozentuzjazmowani. Mówią, że nie widzieli zbyt dużo. Może to wina pogody, może dużych oczekiwań (bo wszyscy wokoło trąbią jakie to cudo) a może obu tych rzeczy na raz. Dość,że na kolana ich nie rzuciło...
Wrzucamy coś szybko na ruszt gawędząc ze Svenem (naszym instrutorem z AOWD). Chłopza parę tygodni wybiera się do domu do Berlina (po 2 latach) a potem leci pracować jako nurek do Meksyku. Ten to ma życie. Na koniec rozmowy życzy nam... Wesołych Świąt. Kurcze, rzeczywiście to już grudzień za pasem i Mikołaj już sanie smaruje... Trudno uwierzyć - tutaj ciągle w okolicach 30st...
Jazda do Tawau nie była jakaś spektakularna. Jedziemy z trójką Francuzów, których córeczka ma 7 lat i dzielnie sobie snorklowała w okolicach Mabulu. Fajnie, przypomina Basię - może i jej by się spodobało...
Francuzka poleca nam hotelik Borneo Beach House w Kota Kinabalu. Największa zaleta - jest 5min od lotniska, z którego mamy poranny lot do Kuala Lumpur.
Po dolocie okazuje się jednak, że blisko to on jest z terminalu nr 2 (na którym ląduje Air Asia) a my - lecąc MASwings - lądujemy na terminalu nr 1, z którego trzeba do hotelu dojechać taksówką za 30RM.Hotel okazuje się delikatnie mówiąc szmirowaty. Za 70RM mamy pokoi z wiatrakiem, bez pościeli (do przykrycia dają jakieś szmatki) i z łazienką na zewnątrz, bez śniadania. Ani tanio ani fajnie. Gdyby nie to, że jest już 22:00 a z samego rana mamy lot, to raczej szukalibyśmy czegoś innego.
A tak? A tak padamy na twarz po szybkich ablucjach i pocieszamy się, że to tylko jedna noc.
Próbny filmik z Sipadanu
http://www.youtube.com/watch?v=icyIBj8bgNo
czwartek, 17 listopada 2011
Ostatnie nurki
Siedzimy w barze na Mabulu po ostatnim dniu nurkowania. Dorwaliśmy jakieś żałosne połączenie. Raczej nie da się wrzucić fotek, ale może bloga da się zaktualizować chociaż.
Dzisiaj nurkowaliśmy przy Simil Island. Piękna, rajska wysepka wielkości 3 boisk piłkarskich. Samo nurkowanie w normie. Rafa bywała już ładniejsza, ale widok pierwszego węża morskiego i dziwacznych stworzonek żyjących w piasku na głębokości 3m wynagradza wiele.
Sama wyspa natomiast jest jak z reklamy Bounty. Palmy, kryształowa woda itd.
Donie trochę przypiekło tropikalne słońce, ale nie jest jeszcze najgorzej...
Jutro dzień odpoczynku po nurkach przed transportem łodzią do Semporny i potem vanem do Tawau skąd lot do Kota Kinabalu, gdzie śpimy
(potem skok do Kuala Lumpur i Bangkoku - nocleg - i skok do Finlandii i Gdańska; słowem: zaczynamy powrót)
środa, 16 listopada 2011
Sipadan
Rekiny, ławice ryb, żółwie na wyciągnięcie ręki, jaskinia... Ech... Nurkowanie na Sipadanie jest nieporównywalne z niczym.
Trzeba wstać o 5:30 żeby wciągnąć jakiegoś tosta i kawkę i być o 6:00 na przystani. Tak wczesny wyjazd umożliwia zrobienie 4 nurków na Sipadanie
Sipadan jest rezerwatem morskim. Obecnie niezmieszkanym (po akcie piractwa, kiedy to Filipińczycy porwali 12 turystów ze znajdujących się tam wówczas hoteli). Po przyjeździe trzeba się zarejestrować na wyspie na posterunku i można nurkować. Otaczające wyspę wody są spektakularne. W odległości 20m od brzegu kończy się 3-4metrowa płycizna i jest pionowy (nie "stromy", ale właśnie pionowy!) spadek na głębokość 2km. Niezłe wrażenie nawet z powierzchni.
Pierwszego nurka robimy w miejscu nazwanym South Point. Schodzimy wzdłuż pionowej ściany i prawie od razu widzimy pod nami REKINA MŁOTA. Nasz przewodnik rzuca się w pogoń za nim, a my chwilę wisimy zdezorientowani i zaczynamy gonić za nim. Bardziej w sumie żeby nie zosatać samym w toni niż żeby tego rekina dogonić, bo wiadomo że się nie da (nasz przewodnik jest lokalesem i nie jest za bardzo odpowiedzialny, ciągle pływa góra dół... Nie czujemy się z nim super pewnie). W tym pościgu lądujemy na 32 metrach i się zatrzymujemy, natomiast nasz koleś popłynął jeszcze niżej. Wrażenie z przebywania niedaleko 5metrowego rekina młota jest mocne.
Podpływamy parę metrów do góry żeby nie zużywać za dużo powietrza i po chwili widzimy w głębinach pod nami przepływającą płaszczkę eagle ray. Jest piękna i wielka. Szybuje w wodzie poruszając swoimi "skrzydłami". Po chwili znika nam z oczu.
Podchodzimy trochę wyżej wzdłuż ściany i wraz z narastającą jasnością, wita nas rozbuchana życiem i kolorami rafa. Jeśli wcześniej na mabulu porównywałem szybowanie nad koralami do pływania w akwarium, to dopiero tutaj widać co to znaczy bogate życie na rafie koralowej. Praktycznie płyniesz wśród ryb. Są wszędzie. Duże, małe, kolorowe, szare, o "normalnych" kształtach oraz różne dziwactwa podobne bardziej do korala czy skały. Żółwie podpływają na odległość 20cm, można im robić portrety w trybie macro niemal przykładając aparat do oka.
Po każdym nurkowaniu mamy postój na wyspie, jakąś kawkę, ciastka a o 14:00 prawidzwy lunch z markaronem, kurczakiem, warzywami. Trzeba przyznać, że Scuba Junkie uczciwie zapracowuje na swoją opinię świetnie zarządzanej i super zorganizowanej firmy. Z czystym sercem polecamy.
Drugie nurkowanie mamy w miejscu nazywanym Mid Reef. Tu mamy w sumie powtórkę z rafy w czasie pierwszego nurkowania. Piękna jak tylko rafa piękna być może.
Po lunchu mamy nurkowanie w najsłynniejszym punkcie Sipadanu - Barracuda Point. Bedzie trudno pobić kiedyś piękno tego nurka. Dosłownie zaraz po wskoczeniu do wody, na głębokości 3m wpadamy w potężną ławicę jack fish. Tysiące ryb pływające w koło o promieniu jakichś 10m. Można przez nie przepływać - rozstępują się dopiero parę centymetrów przed maską łypiąc ze zdziwieniem na intruza swoim rybim okiem. Przez tę ławicę przedziera się też grupper wielkości sporego prosiaka oraz niewielki rekin. SUPER
Następnie schodzimy niżej szukać rekinów i mant. Znajdujemy oczywiście trochę rekinów, którym robimy portrety z odległości kilku metrów. Ściagamy się z żółwiami i zaglądamy w różne zakątki korali.
Naprawdę, najpiękniejszej miejsce w jakim do tej pory nurkowaliśmy. Nie na darmo zajmuje w różnych rankingach miejsce w pierwszej piątce najlepszych site'ów nurkowych.
Zjadamy sobie jakiś podwieczorek. Trochę spacerujemy po wyspie. Spotykamy też Polaków, którym robim zdjęcia na tle morza.
Wypływamy na ostatniego nurka zaledwie jakieś 20m od przystani. Kończy się tu płycizna i znowu mamy pionowy spadek. Miejsce nazywa się turtle cave, bo na 20m jest olbrzymie wejście do jaskini. Wrażenie jest niesamowite. Wpływamy trochę do jaskini, robi się zupełnie ciemno, tylko czasem mignie jakaś płetwa w okolicy. Po chwili zawracamy i widok zapiera dech w piersiach. U wylotu jaskini widać jeden wielki błękit, na tle którego rysują się kształy przepływającej ławicy ryby. Pięknie się wypływa w jasność i życie na rafie.
Płyniemy wzdłuż ściany, gdy nagle Chris wypatruje wielką barakduę odpoczywającą przy półce skalnej. Zwierzak jest ogromny. Zniżam się do niego z respektem, bo szczerzy trochę zębiska. Robię fotkę na pamiątkę spotkania.
Potem już płyniemy nad rafą i następnie zostajemy osamotnieni :) Chcemy zrobić Donce zdjęcie jak leży na rafie kilka metrów od rekina, ale zanim się do niego zabieramy, okazuje się że nikogo w zasięgu wzroku nie ma (a widoczność sięga 20m). No nie jesteśmy tak doświadczeni, żeby się kusić o samotne pływanie więc ruszamy w pogoń za naszym przewodnikiem. Doganiamy ich po kilkunastu sekundach i... trochę żałujemy straconego ujęcia. Zwłaszcza, że Donce zaczyna coś dokuczać ucho więc zostaje nieco wyżej niż poziom rafy.
W ogóle w końcówce nasz przewodnik zaczyna trochę odwalać. Pływa raz w górę, raz w dół. Pewnie w dobrej wierze, bo szuka dla nas jakichś okazów w toni, ale jednak męczące to dość, zwłaszcza, że zaprowadził nas w silny prąd i wiosłujemy ile sił w płetwach żeby się w ogóle przemieścić.
Na marginesie: zauważamy wyraźny postęp jeśli chodzi o nasze umiejętności podwodne. Dużo łatwiej utrzymujemy pływalność, sprawnie zmieniamy głębokość regulując tylko głębokość i szybkość oddechów. Widać też to po obciążeniu jakie nosimy: zaczynałem od 7,5 kg a teraz pływam sobie z 4kg i zastanawiam się czy jeszcze jeden mniej by nie zaszkodził.
Dobrze też, że pożyczyliśmy aparat w obudowie do robienia zdjęć i kręcenie video pod wodą. Wahaliśmy się dość długo, czy Sipadan sam w sobie nie jest zbyt trudny dla świeżoupieczonych AOWD żeby jeszcze sobie zaprzątać głowę robieniem zdjęć. Nie chcieliśmy też przeoczyć czegoś robiąc zdjęcia. Koniec końców pożyczyliśmy jednak za 100RM zwykłego Canona-małpkę w obudowie. Zadziwiające jakie fajne fotki można zrobić takim aparatem. No a już nagrania z pływania w środku ławicy ryb nas powalają i będą super pamiątka. Każdemu polecamy.
Teraz już jesteśmy w barze. Zalogowaliśmy nasze nurki i zaraz pożyczymy za 10RM modem i spróbujemy po tym słabiutkim łączu chociaż zaległe blogi załadować do netu. Zobaczymy, czy da się też wrzucić fotki...
wtorek, 15 listopada 2011
Mabul - dalsze nurki
Już jako "zaawansowani" znowu sobie śpimy do 7:30. Zresztą, po wczorajszej imprezce widać, że nie my jedyni nie zwlekliśmy się z łóżek. Sala na śniadaniu świeci pustkami. W dodatku tuż nad ranem była spora ulewa i jeszcze teraz niebo jest raczej zachmurzone i szarawe...
Lekko poziewując drepczemy na przystań, gdzie czeka na nas łódka i nasz divemaster Chris. Chris przyjechał tutaj na tydzień w marcu, po czym zrobił swój certyfikat Advance'a a potem Divemastera i tak siedzi i pracuje tutaj już ósmy miesiąc.
Donka spaliła sobie wczoraj plecy i dzisiaj raczej unika słońca. Płyniemy na drugą stronę wyspy Mabul do miejsca zwanego Sting Ray City. Jednak, jak poucza Chris, nazwy miejsc nurkowych rzadko odzwierciedlają co tak naprawdę można w nich zobaczyć.
Początek nurka jest dość trudny. Płyniemy a raczej unosimy się w prądzie wzdłuż rafy. Sęk w tym, że jakoś mnie ten prąd unosi szybciej niż naszego przewodnika i co i rusz na niego wpadam albo muszę robić jakieś akrobacje. Trzeba koniecznie nauczyć się podwodnego pływania w tył.
Za to dalsza część nurka jest po prostu bajkowa. Wznosimy się na ok. 12m i tam widać po prostu koralowy ogród rodem z Szukając Nemo Ukwiały kołyszące się zgodnie z prądem, ławice małych kolorowych rybek, żółwie odpoczywające na półkach między koralami - coś pięknego. Szkoda, ze dziś nie mamy aparatu.
Wynurzamy się, jedziemy na herbatkę i prawie od razu znowu do łódki. Tym razem kurs na Ogród Węgorzy. Piaszczyste dno obok rafy (na głębokości ok 20m), gdzie co parę metrów z piasku wystaje głowa morskiego węgorza. Znowu najlepsze jednak czeka na 12metrach. Piękny koralowy ogród z największymi jak do tej pory murenami szczerzącymi zęby z różnych dziur.
Po nurku idziemy na lunch i robimy sobie przerwę na książkę i odpoczynek. Mnie ten odpoczynek wychodzi doś średnio, bo... urywa się pode mną hamak :) No nie wiem jak się to stało, ale fakt faktem, że jeszcze przed chwilą leżałem wygodnie jakieś 30cm nad podłogą werandy a teraz z tąże podłogą mam kontakt jak najbardziej bezpośredni :) Zgadnąć łatwo kto się śmieje najbardziej... :)
Ostatni nurek jest pod platformą wiertniczą, która jest naprzeciwko naszej przystani. Nurkujemy ze starszym małżeństwem z Holandii. Facet ma wypasioną obudowę na Canona D7 (czyli takiego jak mój). Ma wszystko: możliwość zoom'u, zmiany wszelkich ustawień, lampę zewnętrzną itd. Niezły sprzęcior.
Pod platformą nurkujemy wśród zatopionych tutaj łodzi, jakichś stalowych konstrukcji itd. Atrakcja to przede wszystkim duże ryby. Jedna jest szczegółna, grupuje się wokół niej kilku nurków. Jest to wielki jak Dominika grupper. Naprawdę spore wrażenie zobaczyć takiego wielgusa tuż obok siebie. Ryba nas ignoruje i pływa sobie wokół jednej z podpór platformy.
Potem wpływamy w ławicę barracud. Tym razem niewielkich, tak na 40cm. Ładnie wyglądają.
Wynurzamy się i wracamy do ośrodka na obiad. Na dzisiaj koniec.
Rozmawiamy ze spotkanymi Polakami. Magda i (chyba) Dariusz są z Warszawy i właśnie szukają możliwości nurkowania na Sipadanie. Okazuje się, że Scuba Junkie wszystko ma wyprzedane i udaje im się dopiero dzięki pożyczeniu modemu znaleźć w necie firmę z Semporny, z którą będą mogli popłynąć na Sipadan za 3 dni. Fajnie, że im się udało - podobno Sipadan to prawdziwe cudo. Stada barracud, rekinów, ławice różnych - raczej większych - ryb. Wybrzeże spadające tak stromo w morze, że po jednej stronie łódki ma się 2m głębokości a przy drugiej burcie jest już 2km do dna.
Zobaczymy, Sipadan jutro. Trzeba wstać o 5:30... :)
poniedziałek, 14 listopada 2011
Mabul - jesteśmy AOWD :)
Dzisiaj wypas - śpimy do 7:30. Zjadamy jakieś conieco i czekamy na łódkę ze Svenem. O 9:00 wypływamy na nurkowanie głębokie - 30m.
Sven prosił nas żebyśmy zabrali ze sobą surowe jajko do zrobienia eksperymentu 30m pod wodą, ale niestety zapominamy i z doświadczenia nici. Samo nurkowanie przechodzi bez żadnych większych emocji. Wskakujemy do wody 15m nad rafą. Chwilę płyniemy nad nią, przepływamy nad krawędzią i zaczynamy płynąć w dół. W sumie te 30m pojawia się na głębościokomierzu bardzo szybko. Nie ma w sumie nic spektakularnego dookoła - trochę mniej korali i małych rybek. Kręcą się jakieś większe rybole, w oddali przepływa barracuda i tyle... Robimy ćwiczenie polegające na tym, że na tabliczce należy wskazać kolejne cyfry i po wskazaniu każdej z nich dotknąć swojego nosa. Mieliśmy to samo ćwiczenie powtórzyć na powierzchni żeby zobaczyć o ile wolniejsi byliśmy na dnie, ale... Sven zapomniał i z porównania nic nie wyszło.
Dalszy ciąg nurkowania był już standardowy. Płynęłiśmy równo z rafą na 25 metrach zaglądając w różne szczeliny w poszukiwaniu muren, dziwacznych rybek itd. Godzina pod wodą minęła raz dwa.
Wracamy na lunch a po nim dostajemy od Svena dwa aparaty w wodoszczelnych obudowach. Krótkie przeszkolenie z obsługi i znowu wędrujemy na łódkę.
Tym razem jedziemy zaledwie kilkasetmetrów w bokod naszej przystani. Na głębokości 15-20m zatopiono tutaj drewniane konstrukcje, tworząc sztuczną rafę. Za kilka-, kilkanaście lat porosną to wszystko korale i powstanie kolejne ciekawe miejsce do nurkowania.
Początek nie jest dla mnie najprzyjemniejszy. Płyniemy nad piaszczystym dnem, w lekkim prądzie i w wodzie jest dużo przeróżnych drobinek - co nie ułatwia fotografowania. Drewniane konstrukcje też mają się nijak do piękna naturalnej rafy. To za to co żyje wokoło jest bardzo ciekawe.
Już na początku, w błękicie wody widzimy wielgachną barracudę. Między belkami podwodnych rusztowań widać całkiem spore rybcie. Do niektórych udaje się zbliżyć na tyle, żeby zrobić interesujące zdjęcie. Piaszczyste dno ma też swoją zaletę, bo można się na nim wygodnie ułożyć w pobliżu jakiegoś żyjątka i spokojnie cykać zdjęcia.
Na samym końcu wpływamy w ławicę srebrzystych rybek (jacks), które przepływają między nami we wszystkich kierunkach.
Uff, męczy to nurkowanie. Po małym jedzonku padamy na łóżko i chrapiemy przez dobrą godzinę.
Spotykamy się ze Svenem i rozwiązujemy ostatnie zadania teoretyczne z podręcznika. Tym samym zostajemy Advance Open Water Divers! Jupii!
Aby to uczcić decydujemy się na parę drinków.Okazja nadarza się zresztą znakomita, bo do osrodka zawitał jakiś zespół i zapodają na żywo całkiem znośną muzykę. Siedzimy sobie więc i czytamy książki (ja się zabrałem za Opisanie świata Marco Polo - bardzo wciągające) i pogadujemy z siedzacymi po sąsiedzku Holenderkami (wybierają się na Jawę - tam gdzie byliśmy 2 lata temu). O 23:00 - czyli super późno - padamy na nosy i wracamy do domku.
niedziela, 13 listopada 2011
Mabul- zaczynamy kurs
O której się zaczął dzisiejszy dzień? No jak to, oczywiście że o 6:00 :)
Raniutko zjedliśmy śniadanie eby zdążyć je przetrawić przed 9:00 kiedy to mamy spotkać się ze Svenem na przystani. Sniadanko nie jest jakieś wyszukane (makaron, ziemniaczki, tosty, parówki itd) i stoi się po nie w kolejce jak na szkolnej stołówce, ale w cieplutki, wilgotny poranek zajada się je z przyjemnością...
Przed 9:00 idziemy na przystań, pobieramy swój sprzęt przy czym Donka robi upgrade - skoro woda ma tylko 28st, to oczywistym jest, że trzeba wypożyczyć bluzkę z długimi rękawami wkładaną pod 3mmwet suit :) Śmichy chichy, ale gdy siedzi się w wodzie i wykonuje ćwiczenia, to rzeczywiście robi się chłodniej po paru minutach. No a my tak siedzimy około godziny przy jednym nurkowaniu...
Dopływa łódź z Semporny i wysiadają z niej Sven i Nico. Sven okazuje się kudłatym, blond Niemcemo pogodnym usposobieniu i dość rzetelnym podejściu do nurkowania (no tak "po Niemiecku": wyluzowani jesteśmy ale ordnung must sein) :) nicoz kolei sprawia na pierwszy rzut oka wrażenia chłopca, który urwał się przerwy śniadanowiej w liceum żeby troche ponurkować. Jest też Niemcem i robi z namiadvance'a. Dość pocieszny człowiek, torchę fajtłapowaty,ale idzie przeżyć... Z późniejszych rozmów z nim wynika, że trochę sobie popracował i później rzucił robotę aby się powłóczyć po świecie. Gdy mu zabrakło pieniędzy, to przez 8 miesięcy zbierał pomidory w Australii. Podobna zresztą jest historia naszego instruktura. Sven podróżował trochę po świecie głównie nurkując, a gdy ujrzał dno swojej szkatuły, zrobił kurs divemastera a potem instruktora i teraz zarrabia na dalsze podróże.
Cały kurs zzaczyna się od zwyczajowej papierologii, w której zeznajemy, że jesteśmy zdrowi jak szczypiorek na wiosnę i że jeśli utoniemy to zrobimy to na wlasne życzenia i nasze rodziny nie będą się czepiać Scuba Junkie (no my, z naturlanych powodów czepiać byśmy się nie mogli :).
Na początek mamy nurkowanie z ćwiczeniami doskonalącymi pływalność. Zaczyna się od wyważania w wodzie - w efekcie czego każde z nas pozbywa się po kilogramie z pasa z odważnikami (proszę, a myślałem że raczej jestem niedoważony). Potem na dnie robimy różniaste figury ucząc się regulować oddychaniem swoją pływalność i pozostawać nieruchomy w toni (najlepsze, gdy trzeba wisieć głową na dół tuż nad dnem:). Następnie przychodzi nauka pływania pod wodą różnymi stylami. Na łopatki idziemy dopiero, gdy należy płynąć żabką do tyłu - no ni cholery nam to nie wychodzi :) Kulimnacja przychodzi, gdy mamy przepływać przez unoszące się w toni kwadraty i koła, tak żeby nie dotknąć plastiku. Nie powiem, po początkowych niepowodzeniach daje się to zrobić...
Po godzinie w wodzie wychodzimy na przystań, idziemy na kawkę i robimy klasówki w podręcznikach. Za chwilę nurkowanie z ćwiczeniami nawigacyjnymi. Sven pokazuje co i jak z kompasem. Będziemy pływać po prostej, po kwadracie i uczyć się obliczać przepłynięty dystans.
Nawet ciekawie się to dzieje pod wodą. Jeden moment jest najciekawszy, gdy Donka płynąc z Nico po kwadracie (pływa się w parach, jeden nawiguje drugi liczy ilość kopnięć płetwą i należy zrobić zadaną figurę) znikają nam na dobre z oczu. Po chwili Sven karze mi zostać na dnie i płynie ich poszukać. Jak się potem okazuje, Nico zrobił tylko trzy boki kwadratu i nie wiedział gdzie skręcić na ostatnim wierzchołku. Trochę się bractwo wystraszyło... :)
Po lunchu decydujemy się ostatecznie na dodatkowe nurkowania: Donia bierze fotografie podwodną i nurkowanie w prądzie a ja fotografię i nurkowanie nocne. Jako bonus, okazuje się że mogę towarrzyszyć Svenowi i Donce w nurkowaniu prądowym robiąc swoje (nocne) później tego samego wieczora - czyli zaliczam 4 nurki jednego dnia. Super.
Wsiadamy na łódź i płyniemy kilkanaście kilometrów w pobliże innej wysepki, gdzie - wg Svena - czeka na nas podwodna rafa wzdłuż której płynie podwodny prąd. Na łódce mamy ostateczną odprawę. Sven pokazuje Donce, jak będzie musiała nadmuchać bojkę, którą wypuszcza się na sznurku na powierzchnię aby łodzie wiedziały gdzie są nurkowie. Bojka nazywa się sosagge (parówka) i stwierdzeniem, że Donka musi uważać dmuchając bo jego parówka jest b. duża, Sven wprowadza dużo śmiechu w ostatnią odprawę (a chodziło o to, że taka nadmuchana parówka może pociągnąć za sobą nurka :)
Wskakujemy i od razu zanurzamy się na jakieś 10-12 metrów. Na rafie najpierw jest trochę roczarowująco, bo korale rosną w pewnej odległości od siebie i przeważa brąz i kolor piasku. Po chwili przepływamy nad brzegem rafy i schodzimy stromo w dół. No i tam się zaczyna dziać. Po pierwsze pojawia się naprawdę silny prąd. Po drugie, widać mnóstwo zwierzaków. Pochowane pod koralami siedzą duże zółwie. Jeden z nich szybuje obok nas w toni. W dziurach między koralami siedzą mureny i szczerzą swoje zębiska. Innych ryyb, dużych i małych, samotnych i w gęstych ławicach nawet nie liczę...
Na koniec Donka nadyma parówkę bezpieczeństwa i rzeczywiście ją ciągnie. Sven łapie ją za rękę i trzymając się kamieni, pokazuje jeszcze dużą płaszczkę leżącą na dnie pod jedną z gąbek. Wynurzamy się bez przygód i wracamy na wyspę.
Po ciasteczka i kawce, odrabiamy lekcje. Okazuje się też, że moje nocne nurkowanie będzie z innym divemasterem - Luke ma na imię.
Z Lukiem idziemy na przystań w zapadającym zmroku. Będziemy nurkować na pobliskiej rafie wprost z przystani. Luke obiecuje ośmiornice, mureny i tym podobne cuda. Co do mnie, to głównie niepokoję się żeby na coś w ciemności nie wpaść i się nie pokaleczyć. Dodatkowo Luke "uspokaja" informacją, że baracudy często interesuje światło latarek i zaczynają się tłoczyć wokół nurka - podobno jednak interesuje ich nie tyle nurek co światło jego latarki i ryby, które ono oświetla... No zobaczymy, inni sobie dają radę to pewnie i ja nie zginę... :) (chociaż moja latareczka podejrzanie mała jest :)
Wejście do wody jest łatwe, bo dookoła palą się światła przystani więc wchodzi się do trochę tajemniczej ale jednak podświetlonej wody. Schodzimy na jakies 14m i zaczynamy płynąć równolegle do rafy. Trzeba przyznać, że nie jest to w ogóle straszne. Latarki dają dużo rozproszonego światła i w sumie to trzeba się tylko troszczyć o płatwy, które są z tyłu i nie należy nimi zahaczyć o skały czy - zwłaszcza - siedzące na nich jeżowce.
Luke co chwila wygrzebuje z piasku jakieś kraby. Namierza też ze dwie ośmiornice, które pływają wokół nas, chodza po dnie przy pomocy swoich ramio aż wreszcie zagrzebują się w jedną z wielu dziurek w dnie.
Pod koralami siedzi jedna wielka ryba papuzia. Na oko jest wielkości całej mojej nogi. Spory rybol. Śpiący chyba bo w ogóle nie odpływa. Poza tym całem mnóstwo krewetek, cienkich i długi ryb śpiących pionowo, raki pustelniki łażą w swoich muszlach na grzbiecie itd. Bardzo dużo życia, wszystko jakby spowolnione i kolorowe aż boli w świetle latarek...
Cała trudność właściwie sprowadza się do pilnowania swoich płetw i do niewpadania na instruktora, co nie jest łatwe, bo jesteśmy bliżej siebie niż pływając w dzień i chcemy zobaczyć co tam oświetlamy swoimi latarkami...
Myślałem, że całość trwała jakieś pół godziny a siedzieliśmy w wodzie całe 60 min. Super doświadczenie, trzeba to będzie powtórzyć...
Po nurkowaniu kolacja, odrabianie lekcji i spanko. Rano wstajemy na nurkowanie głębokie - 30 metrów! :)
sobota, 12 listopada 2011
Mabul
Od rana wpadliśmy w nurkowe towarzystwo.Wiadomo, dość specyficzny światek. Śmieszni i spoko goście. Już dawno nie widzieliśmy tylu białasów. Właściwie całe zarządzania, oragnizacja nurkowań itd, to białasi.
Nurkujemy w Scuba Junkie. Oryginalny plan był ataki żeby zrobić sobie kurs zaawansowanego nurka, dwa dni ponurkować na rafie koralowej i jeden dzień ponurkować na Sipadanie - rezerwacie morskim, z ogromną ilością życia podwodnego w tym rekiny, anty no i przede wszystkim żółwie. Gdy się rejestrowaliśmy, Paul przytomnie stwierdził, że skoro nie nurkowaliśmy od roku, to zanim zaczniemy kurs wypadałoby sobie odświeżyć umiejętności podwodne. Kupiliśmy tę argumentację i dołożyliśmy jedno nurkowanie już dzisiaj.
Zapakowało nas na łódkę z całą grupą ludzi, z których część zostanie w ośrodku na wyspie a część po nurkowaniach wróci na ląd. Dwa silniki po 150KM każy przez godzinę przepchnęły nas przez przybrzeżne wody na wysepkę Mabul.
Już na przystani okazały się dwie rzeczy. Po pierwsze, że woda jest obłędna: ma temp. 28st na głębokości 10m i widzialność ponad 10m.Po drugie, że przy samej przystani jest dość przyzwoita rafa koralowa, z mnóstwem rybek i... żółwi. No to jak tak jest przy przystani, to jak wygląda "prawdziwa rafa" trochę bardziej w morzu.
Po chwili też się okazało, że nasze pierwsze nurkowanie nastąpi za jakieś 15min. Dobraliśmy sobie sprzęt i wpadliśmy pod komendę Jasona. Facet jest zabawnym Brytolem i szybko przeprowadził nas przez zadania, które za chwilę trzeba będzie zrobić pod wodą żeby wrócić do formy sprzed roku (standardowe: gubienie ustnika,maski i zakładanie ich pod wodą, swobodne unoszenie się, symulowany brak powietrza i takie tam).
Po ćwiczeniach popłynęliśmy na głębszą wodę - jakieś 18m. Praktycznie cały czas nad piaszczystym dnem. Widzieliśmy tutejszą odmianę flądry, której z piasku wystawały tylko oczy i dopiero nasze zbliżenie spwodowoało, że ten piasek zaczął płynąć.
Największą atrakcją były jednak żółwie morskie (zielone). Jeden leżał sobie na dnie i w ogóle nie reagował na nurków. Drugi był tuż obok, wciśnięty pod krzaki koralowca. Trzeci przepływał obok nas jakąś chwilę później. Wszystkie wielkości jakiegoś 1,5m licząz z ogonem i wystawioną głową.
Poza tym widać było całe mnóstwo ryb - od nemo-podobnych maleństw do dużych dyskowatych ryb wielkości głowy dorosłego człowieka.
No jak na pierwsze nurkowanie i to z brzegu, to niezły wypas.
Potem wbilismy się do naszego domku w ośrodku scuba junkie. Rozsiedliśmy się w hamaku i na fotelikach i próbowaliśmy zaadaptować do tych nowych warunków. Jakieś 30stopni, wiatrak pod sufitem robi delikatną bryzę, wokoło tropikalna roślinność i nawet jakieś metrowe jaszczurki sobie chodzą a w ręku książka i woda na stoliku...
Zrobiliśmy spacer po najbliższej okolicy. Największy kontrast jest między warunkami w 5-gwiazkowym (sąsiednim) ośrodku i wioską a raczej zgromadzeniem walących się chatek tubylczych na brzegu. Chatek, w praktyce są to rudery ustawione na kilku palach, z udającymi dach czy ściany zlepkami różnych materiałów: od kartonów przez deski do liści palmy. W każdej takiej chatce, na ok 8m.kw gnieździ się wielooosobowa rodzina. Dość przerażająco to wygląda.
Po sąsiedzku kupiliśmy znaczki pocztowe - zobaczymy czy kartki stąd nadane, gdziekolwiek dojdą. A kartki są ładne - właściwie rto ryzunki zrobione przez dzieci z tutejszewj szkoły (dochód z zakupu kartek wzbogaca budżet szkoły).
Wieczorkiem, po kolacji siedzieliśmy zatopieni w podręcznikach do różnych form nurkowania starając się wybrać coś na czas trwania kursu (Advanced Diver to tak naprawdę zrobienie 5 nurkowań wybranych spośród kilkunastu oferowanych, np.: nurkowanie głębokie, nawigacja podwodna, fotografia podwodna, identyfikacja ryb, nurkowanie nocne, poszukiwania podwodne, doskonała pływalność itp.). Głębokie i nawigacja są obowiązkowe a co do reszty, to prawie na pewno zdecydujemy się na kontrolę pływalności (żeby móc sobie spokojnie wisieć w toni i obserwować otoczenie) może fotografię i nocne albo identyfikację ryb. Zobaczymy, jutro zaczynamy kurs a naszym instruktorem będzie (wg wpisu na tablicy) Sven z Niemiec i oprócz naszej dwójki kursantem/ką(?) będzie jeszcze Nico.
Tradycyjnie o 21:00 padamy na twarz i lulu...
piątek, 11 listopada 2011
Semporna
Sukau - Sandakan
Po drodze widzimy większe stadko słoni i znowu aparaty idą w ruch. Te zwierzaki na wolności, chyba się nie mogą znudzić. Wyglądają naprawdę dostojnie. A już jak zaczną trąbić...
Droga trwa i trwa. Jeszcze mały przystanek żeby sfotografować krokodyla i dalej już przez rzekę i zatokę morską do samego Sandakanu.
Miasto nie powala.Jest - zwłaszcza po tygodniu w dżungli - hałaśliwe i tłoczne. Po bezskutecznym szukaniu lokalu, w którym byłaby i kawka i darmowe wi-fi, dajemy za wygraną i transportujemy się na lotnisko. Lot mamy o 16:05 więc jeszcze kupa czasu.
Po różnych poszukiwaniach lądujemy w końcu w kawiarni 2km od lotniska, gdzie popijamy kawkę i znowu wrzucamy do sieci najświeższe zdjęcia... (szkoda, że dzieci jeszcze śpią, możnaby pogadać przez Googla ....)
czwartek, 10 listopada 2011
Dzień na rzece Kinabatangan
Na razie odbijamy od przystani. Razem z nami płynie para sympatycznych londyńczyków urodzonych w Kenii i Jemenie. Po drodze do jeziora widać przede wszyskim ptaki, różne rodzaje czapli i hornbilli. Na samym jeziorze zjadamy przywiezione kanapki. Rzucenie paru okruchów za burtę ujawnia, że jeziorko jest pełne ryb. Skaczą jedna przez drugą co i raz rozganiane przez duże rybsko podpływające od dołu i jednym chapsnięciem wciągające pół krakersa. Chyba tilapie albo panga...
Dobijamy do brzegu i zaczynamy spacer po lesie. Jest tu naprawdę błotniście a las jest tak gęsty, że iść się da jedynie ścieżkami wydeptanymi przez słonie.
Od razu na samym początku natykamy się na pijawkę. Nie jest jednak jak jej kuzynki z Sarawaku przywiązana do ziemi, lecz siedzi sobie na spodniej stronie liścia i jak tylko poczuje ciepło przechodzącego obok człowieka, to wydłuża się kilkukrotnie i usiłuje przyczepić do czegokolwiek. W czasie krórkiego spaceru jednej udało przyssać się do paznokcia na moim kciuku a druga już zaczynała poszukiwanie żyły w zgięciu mojego łokcie. I to by było tyle w temacie przydatności skarpet pijawkowych w dżungli (moim zdaniem są zbędnym wydatkiem; długie skarpety, spodnie wpuszczone w buty i częste ogladanie siebie nawzajem plus repelent na skórze wydaje się dużo lepszym rozwiązaniem).
W czasie spaceru zauaważamy jakieś strasznie kolorowe ptaszyska. Przewodnik raczy nas opowieściami o rosnących dookoła drzewach. Pierwszy raz widzimy heban w naturze. Ciekawie też wygląda figowiec: drzewo, które rośnie od góry do dołu. na czubku istniejącego drzewa ptak składa nasionko figowca, które wypuszcza w górę i w dół korzenie (liany), te gdy sięgną ziemi zaczynają się pogrubiac i zaciskać wokółdrzewa-gospodarza. Po pewnym czasie gospodarz zamkniety jest w trumnie z korzeni figowca i umiera a figowiec już jako samodzielne drzewo rośnie sobie dalej w najlepsze. Taka zmyślna roślinka.
Potem już tylko ślady słoni, kolejne pijawki itd. Całkiem ciekawy spacer.
Wracamy do łódki. Przewodnik proponuje, że - za dopłatą - w ramach popołudniowego wypadu zawiozą nas trochę dalej, w miejsce żerowania tutejszych słoni. Z miny jego i sternika widać, że rżną nas z ceną aż miło, ale (1)w sumie po te słonie właśnie przyjechaliśmy nad Kinabatangan, (2)25zł/głowę to nie jest aż tak strasznie. Godzimy się więc a przewodnik konfidencjonalnie prosi żebyśmy o tym nie mówili w hotelu, bo dostanie opieprz od swojego manadżera.
Po lunchu idziemy na spacer do pobliskiej wioski Sukau, w której ma ponoć być kawiarenka internetowa. W istnienie tejże bardzo wątpimy, bo po drodze mijamy niemal doszczętnie zrujnowane chatki i nic nie wskazuje, żeby cokolwiek podobnego do łączności sieciowej kiedykolwiek zawitało do Sukau (Lonely Planet już nie wierzymy, gdyż wg książki internet miał być także w naszym hotelu a załoga zarzeka się, że jak hotel hotelem, nigdy internetu w nim nie było).
Mijamy więc lokalny meczecik (tradycyjne wołanie na modlitwę jest tu wyjątkowo ładne; w większości miejsc przypomina - w naszych europejskich uszach - wycie kotów do księżyca, natomiast w Sukau muezin stara się wyśpiewać wszystko bardzo melodyjnie i nawet nie tak bardzo głośno...). A za meczetem wchodzimy do malutkiej chatki z jakimiś odrapanym szyldem nad drzwiami.... A tam - normalna state of the art serwerownia, śmigajacy na całego internet i nawet wifi. W dodatku, za używanie własnego laptopa do łączenia się z internetem nie jest pobierana żadna opłata... A to wszystko w zapadłej wiosce na Borneo, w której kończy się droga a wokół rozpościera się dżungla... Wypas.
Wracamy do hotelu w dobrych humorach, bo zaległe blogi udało się wrzucić i zdjęcia zbackupować. Po drodze widzimy kozła, który rozłożył się na środku szosy i nie zwraca uwagi na przejeżdżające koło niego samochody. Zresztą auta też, bez żadnego nerwowego trąbienia, omijają zwierzaka. Jakoś się tu wszyscy ze sobą dogadują.
W hotelu zaczynamy obgadywać opcje naszego powrotu z Sukau. Na wstępie okazuje się, że hotel nie zamierza nas odwieźć nawet na skrzyżowanie z główną szosą Sandakan-Lahad Datu. Przywieźć stamtąd gości - OK, ale odwieźć - nie, nie... Poirytowany, trochę wjeżdżam im na ambicję, wypominając cenę 2xdroższą niż w przewodniku, brak internetu, mrówki w pokojach... Skutkuje to o tyle, że po chwili dostajemy propozycję odwiezienia łódką wraz z naszymi londyńczykami do...Sandakanu. Jest to dokładnie w druga stronę niż Semporna, do której zmierzamy, ale kojarzymy już, że z Sandakanu mamy lot za 90zł/os do Tawau, które jest jakieś 30km od Semporny więc oczywiście korzystamy z okazji darmowego tranposrtu łodzią. Zwłaszcza, że to oznacza możliwość pooglądania natury nad rzeką przez jakieś dodatkowe 2-3godziny.
Popołudniem jedziemy na słoniowe safari. Trzeba przyznać naszemu przewodnikowi, że potrafi po śladach na brzegu rozpoznać czy słonie były tu przed chwilą czy dawniej i w końcu namierza te wielgachne ssaki. W pierwszej chwili zwiewają przed nami, ale my pozostajemy w zasadzce. Wkrótce, pomimo koszmarnej ulewy, która w międzyczasie lunęła, słonie defilują przed nami przechodząc przez małą groblę na jednym z dopływów rzeki. Jeden z nich jest kontuzjowany i biedak ledwo idzie :( Pięknie to wygląda i w pełni wynagradza przemoknięcie do suchej nitki.
Drogepowrotną urozmaica stado proboscis monkeys siedzących na jednym z drzew i układających się do snu. Pocieszne zwierzaki z tymi wydłużonymi nosami :)
Wieczorem lunchyk i ogladanie zdjęć z naszymi Kenijczykami. mili ludzie. Zapraszają nas do swojego domu w Londynie. Kto wie, kto wie...
Idziemy spać i po raz ostatni myjemy się wodą, która jest pompowana z rzeki...
środa, 9 listopada 2011
Z Tabin do Sukau popływać rzeką
Do Sukau jedziemy głównie po to, żeby pływając rzeką Kanalibatan popodglądać po raz ostatni życie dżunglowe w postaci małp,słoni i ptaków.
Autobus wysadził nas tam gdzie prosilismy, czyli przy dużym rondzie łączącym trasę do Sandakanu z drogą do Sukau. Jak wszędzie w takich miejscach, tak i tutaj czekała gromadka mężczyzn,którzy transportują takich jak my do wiosek leżących nad rzeką. Sęk tylko w tym, że van rusza, gdy się zapełni a jak ktoś nie chce czekać, to musi go charterować za jakieś chore pieniądze.
Po godzinie czekania zacząłem dzwonić do hotelików wymienionych w przewodniku LP z pytaniem czy, któryś nie zechciałby sobie przywieźć gości na dwie noce (czyli zabrał nas z tego cholernego ronda). Odezwała się Riverside Lodge i - chociaż rzuciła sporą cenę - to poprosiłem żeby nas stądzabrali (jak sobie teraz pomyślę, to gdyby nie upał na tym rondzie i perspektywa niewiadomych godzin czekania na odpowiednio liczną grupę podróżującą do Sukau, to na pewno byśmy się nie zdecydowali za ten hotelik).
Po przyjeździe na miejsce powitała nas miła załoga. Okazał się, że za nasze koszmarne pieniadze nie mamy nawet klimy, ale nic to.
Po bardzo smacznym śniadanku zabrało nas łódką wzdłuż jednej z rzek. No nie powiem, rzeka ładna, dżungla po bokach też, przewodnik się starał, ale.... większość zwierząt, to były makaki czyli małpy tak popularne tutaj jak u nas bezpańskie koty.
Dobrze, że w drodze poworotnej udało się wypatrzeć Proboscis z tymi ich śmiesznymi nosami oraz green leaf monkeys. Zawsze to jakaś nowość.
Słonie podobno są daleko stąd. Zobaczymy czy uda nam się tam dopłynąć jutro...
wtorek, 8 listopada 2011
Tabin Wildlife
Śniadanko nie powiem zacne: tosty, makaron z jajkami, owoce, kawusia... Jednym słowem jadłospis prawdziwego Tarzana :)
Wpakowaliśmy się na naszego Hiluxa i zaraz za rogatkami natknęliśmy się na stado gibbonów wyczyniających niesamowite rzeczy w koronach drzew. Gibbony mają ręce wielokrotnie dłuższe niż nogi i potrafią się przerzucać w niesamowitym tempie z gałęzi na gałąź. W dodatku poszczególne grupy nawołują się dźwiękiem przypominającym bulgotanie wody. Zrobiły nam sympatyczny spektakl przedostając się z jednej kępy drzew na drugą.
Jakieś 200m dalej wjechaliśmy w stado makaków krótkoogoniastych. Spore małpki, wszędobylskie, ale wyglądają na stosunkowo agresywne i nie zachęcają do poufałości.
Dalsza przejażdżka upłynęła bez jakichś wielkich wrażeń.Może tylko - już idąc przez dżunglę - zaskoczył nas mysi jeleń: odmiana naszego jelenia, ale wielkości zaledwie sporego kota.
Dotarliśmy nad błotny wulkan, który okazał się w sumie dużą górą błota, na środku której bąbelkowała siwa maź. Podobno raz na rok jest trochę większy wybuch. Spora atrakacja przede wszystkim dla zwierzaków, bo błoto zawiera sporo soli i wszystkie gatunki przychodzą tu sobie polizać...
Odwieźliśmy tych bardziej zmęczonych Amerykanów do domków a samiz przewodnikiem i Dianą pojechaliśmy do core area- obszaru nietkniętej dżungli w środku rezerwatu. Widoki po drodze naprawdę oszałamiające. Mnie najbardziej podobały się drzewa rosnące na... czubku innego drzewa. Po prostu masz normalne drzewo, które sobie rośnie przy drodze w dżungli, ale na jego czubku stoi drugie- i to nie małe - drzewo.
Wypatrywaliśmy głównie ptaków i trzeba powiedzieć, że początkowe nabijanie się z bird watcherów trochę nam przeszło. Gdy - tak jak oni - wie się gdzie patrzeć aby dostrzec poszczególne gatunki, zna się ich zwyczaje itd., to takie jeżdżenie po dżungli z lornetkami może się okazać całkiem ciekawym zajęciem. Zwłaszcza gdy ma się taką lornetkę jaką miała Diana - produkcji Svarowskiego (czyli robią nie tylko biżuterię) i kosztującą 2500 USD - nawet nasi przewodnicy byli zachwyceni.
Na wzgórzo mieliśmy dłuższy postój, bo Diana i Palin (nasz przewodnik) uparli się zobaczyć jakiegoś super-rzadkiego ptaka. Darł dziób w naszym pobliżu a nie było cholery widać w gęstwienie. Wreszcie wypatrzyła go Donka i to wtedy gdy znudzona położyła się na siedzeniu samochodu. Od razu urosła do rangi super-bird-watchera i strasznie się ważna stała od tej pory :)
Wrócilismy na lunch, liznęliśmy trochę odpoczynku i znowu w objazd wieczorny z nadzieją na spotkanie słoni.
Pierwsze jednak z dużych ssaków napatoczyły się na nas brodate dziki. Stały jakieś 20m za zakrętem, z którego wyjechaliśmy i patrzyły się na intruzów. Po zapozowaniu do zdjęć, poszłyyy w krzaczory.
Po takiej przystawce apetyty zaostrzyły się na danie główne- słonie. I rzeczywiście, wracaliśmy już po ciemku, ale w pewnym momencie przed nami pojawiły się pierwsze dwa słonie. Dogonilismy je szybko i można było je dokładnie obejrzeć i... poczuć. Słoń wydaje bardzo charakterystyczny zapach i nawet nasze niewprawne nosy były w stanie podpowiedzieć, że te trębacze są w pobliżu. Widać było, że się na nas wkurzyły, bo oprócz trąbienia po krzakach wydawały dźwięk do złudzenia przypominający ciężki motocykl. Po chwili pojawiły się przed nami dwa następne słonie, ale szybko zwiały w krzaczory. Postaliśmy jakies 20min, ale nie uznały za stosowne się pokazać.
W drodze powrotnej, przewodnik podświetlił wysoko w koronie drzewa latającą wiewiórkę. Po paru minutach, zniecierpliwiona tym światłem skoczyła. Wow, co to był za lot - trwał dobre 8sek i liczył z górką 100m. Po prostu płynęła przez powietrze, ciągle podświetlana przez nasz reflektor. I chyba to jest widok, który najbardziej zapamiętam z Tabin'a.
Wieczorkiem załatwiliśmy nasze sprawe transportowe (znowu wyjazd jutro o 6:30) i zakupiliśmy sobie pamiątkowe koszulki polo z logo Tabin Wildlife Reserve. Mejsce warto zapamiętać. Drogo, ale warte wydanych pieniędzy.
Po przeżyciu jeszcze jednej komercyjnej atrakcji, czyli odciskaniu ręki ubrudzonej błotem z wulkanu na "certyfikacie" rezerwatu, padliśmy spać. To niesamowite, ale praktycznie zasypiamy tu kamieniem ok. 21:00 i śpimy jednym ciągiem do rana.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Lahad Datu - Tabin Wildlife
Po jakichś 20min, vanik zjeżdża z szosy i dalej jedziemy drogą gruntową. Mamy szczęście, że najwyraźniej tutaj nie padało, bo bez napędu na 4 koła byłoby bez szans.
Już w drodze do parku (jedzie się przez okrągłą godzinę mając z jednej strony plantacje a z drugiej normalną dżunglę) widzimy pierwsze zwierzaki. Najpierw przez drogę przechodzi leniwie olbrzmia jaszczurka monitor lizard a potem jej koleżanka wyleguje się na poboczu.
Po przyjeździe nam szczęka lekko opada. Niby wiedzieliśmy, że skoro kosztuje to spore pieniądze (nie było specjalnie wyjścia, jak chcesz zobaczyć zwięrzeta w parku o brzasku i zachodzie, to musisz mieszkać w parku a tu sobie liczą...), to raczej nie ma co się spodziewać wieloosobowej sali do spania i kuchni do własnego uzytku, ale to co zobaczyliśm trochę przerosło oczekiwania.
Przed domkiem-recepcją powitała nas pani z tacą pełną morkych ręczników aby przetrzeć się po trudach podróży (sic, teżmi trudy - 1.5 godz w klimatyzowanym vanie zaledwie w 6 osób). Potem wypełniliśmy dokładny kwestionariusz meldunkowy (sic2: meldunek w dżungli:) i zwolniliśmy park od jakiejkolwiek odpowiedzialności za krzywdy jakie się tu nam mogą wydarzyć.
Zawieziono nas do naszych domków umiejscowionych na skarpie nad leśną rzeką w gęstej dżungli. Mamy znowu dla siebie domek z pokojem jakieś 20m.kw. i łazienką. No trudno. Nasze zdolności adaptacyjne są niezmierzone :)
Praktycznie po godzinie wyszliśmy z domku żeby stawilić się przy kafeterii i przejechać się z przewodnikiem po dżungli i zobaczyć co ciekawego popołudniem się tu dzieje.
Zaraz za drzwiami domku nas zamurowało. Dosłownie o parę metrów o nas, na gałęziach drzewa przed domkiem, siedziała para białych hornbilli królewskich. Ptak wielkości dużego koguta, czarny z białym ogonem i czubem piór na głowie,siedział i gapił się jak ubieramy się w swoje buciory. Myślelismy, że może to jacyś tubylcy nachodzacy turystów o jedzenie, ale okazało się póżniej, że zobaczenie tych ptaków to w sumie rzadkość i często ci, którzy przyjeżdżają aby obserwować tylko hornbille (jest 6 gat) akurat tej odmiany dostrzec nie moga....
Zaraz po ruszeniu, przewodnik wypatrzył dla nas długoogoniastego makaka. Siedziała na gałęzi nad rzeką i gapiła się małpa jedna. Trochę dalej, przy samej drodze buszowało stado różowotyłkowych małp, które odwalały skoki z gałęzi na gałąź niczym akrobaci w radzieckim cyrku.
Hit przyszedł trochę później, bo w oddali między drzewami zobaczyliśmy charakterystyczne sylwetki orangutanów. Orangutan w dziczy - czad.
Poza tym było sporo ptaków, ale mnie rzucał na kolana zapach dżungli. Po prostu szał i orgia różnych woni: kwiatów,lian (tak tak - pachną i to intensywnie), butwiejących liści... Żyć nie umierać.
Praktycznie przy samej dyrekcji parku, okazało się że na czubku drzewa siedzi latajaca wiewiórka. Dopóki siedziała, to wyglądała jak poczciwy rudzielec z polskich lasów. Natomiast gdy skoczyła z czubka drzewa i rozpostarła skórę między swoimi łapami... Niezły widok - leciała dobre 5 sek i jakieś 60m (a podobno rekordy w okolicach 150-180m).
Po powrocie zaserwowało(!) nam kolację na tarasie kafeterii (można nawet zamówić sobie winko jeśli ktoś ma za dużo o 80RM w kieszeni). O 20:30 zacząła się druga atrakcja dzisiaj - nocna przejażdżka dżunglą.
Na wypróbowanym już Hiluxie znalazł się przewodnik z reflektorem punktowym i ruszyliśmy.
Z miejsca wypatrzył różne dzikie koty pochowane po drzewach. Potem wysoko w koronach drzew podświetlił latające wiewiórki.
Hit znowu nadszedł w połowie drogi, bo światła toyoty i punktowiec wyłoniły z ciemności kształty... słoni!
Akurat stadko słoni przechodziło drogę i dało się obejrzeć przez krótką chwilę zanim zniknęło w krzakach.To sa słonie pigmejowate więc nie większe jak ok. 2m w kłębie, ale wszystko mają słoniowe i nawet trąbią na tych swoich nosotrąbkach :)
Super wrażenie - spotkać nocą słonia w dżungli.
Teraz już jesteśmy znowu w domku i w planie mamy zameldowanie się na śniadaniu o 6:30 żeby podejrzeć dżunglę o świcie.
Lahad Datu
Takie eskapady o switaniu maja swoje zalety i jesli pozyje odpowiednio dlugo to zapewne je poznam. Na razie zaliczylismy wpadki na lotnisku. Najpierw sie okazalo, ze zapomnialem wyjac z podrecznego plecaka moj scyzoryk i trzeba bylo sie wracac zeby nadac go glownym bagazem. Potem oswiecilo nas, ze mielismy skorzystac z bankomatu i znowu trzeba bylo prosic straznikow zeby nas wypuscili do ogolnodostepnej czesci lotniska. Trzeba jednak Malajom oddac, ze sa wyrozumiali i zarowno MASwings nie chcialy dodatkowej kasy za nadprogramowy bagaz jak i straznicy nie robili przeszkod i jeden podszedl z nami do bankomatu na wypadek gdyby te zaspane bialasy mialy problem z obsluga.
Wyladowalism w Lahad Datu i na samym lotnisku natknelismy sie na stpisko Tabin Wildlife. Mamy okazuje sie szczescie, bo o 13:00 odjezdza jakaa dodatkowa grupa i zamiast czekac do jutra rano, to zabierzemy sie z nimi i jeszcze dzis zalapiemy sie na jakies nocne spacery po dzungli
Z tej radosci idziemy na jakies owocowe sniqdanko :)
niedziela, 6 listopada 2011
Kota Kinabalu
W sumie, to wczorajszy dzień spędziliśmy na próbach załatwienia sobie trekkingów w Tabin Wildlife i/lub Danum Valley. Trochę ci Malajowie powariowali z cenami. Jak już się wydawało, że udało się dojść do ładu z agendą obejmującą zarówno Tabin jak i rejs rzeką w pobliżu Sukau, gdy facet wyskoczył z zaporową ceną 7tys :)
Na skutek wczorajszych doświadczeń, kupiliśmy sobie na dziś zorganizowany wyjazd do Hot Springs (gorących źródeł na zboczach Mt Kinabalu).
Od początku zaczęło się "dobrze". W vanie dosiedliśmy się do grupki hałaśliwych Chinczyków. Sądząc po ich ubiorze (klapeczki, biżuteria itd), to raczej nie szykowali się na spacery po dżungli.
Pierwszy przystanek był przy plantacji ananasów, gdzie zanabyliśmy za 4zł spory owoc, który sobie scyzorkiem wydzielaliśmy prosto w usta. Pycha.
Dalej, z wartych odnotowania wydarzeń, to widzieliśmy największy kwiat świata, czyli raflesie. Ta miała 75cm średnicy i rosła sobie w ogrodzie jakichś gospodarzy, niedaleko hot springs. Ciekawie wygladała: mięsista, kolorowa i w ogóle nie śmierdząca.
Pozostała część wycieczki upłynęła głównie na unikaniu chinoli i ich jazgotu. Chyba jednak się nie nadajemy na zorganizowane wypady :)
Jutro o7:00 rano wyolt do Lahat Datu. Spróbujemy sobie zmontować jakąś dżunglę tamże. Zobaczymy.
Pobudka o 5:00.
piątek, 4 listopada 2011
Limbang - Kota Kinabalu
Wieczór wcześniej, po tradycyjnej kolacji w chińskiej knajpie, z żalem rozstaliśmy się z Davidem i Crystel. A z samego rana poszliśmy na przystań aby załapać się na wodolot do Labuan (malezyjskiej wyspy będącej punktem przesiadkowym na drodze do Kota Kinabalu). Nasze plecaki powędrowały na dach statku a my siedliśmy w środku.
Sama trasa na Labuan nie miała w sobie nic niezwykłego. Tradycyjnie nastawiło klimę w okolicach zera absolutnego, ale jakoś dotrwalismy. Na wyspie dowiedzieliśmy się, że biletów na prom do Kota Kinabalu (KK) niet więc pozostało nam zakupić miejscówy w speedbocie do miejscowości Menumbok i stamtąd przedzierać się lądem do KK. Powodem tego cudownego zbiegu okoliczności jest fakt, że "Malezjanie" :) zaczęli właśnie długi weekend...
Speedboad do Menumbok okazał się raptem 10metrową plastikową motorówką obsługiwaną przez dwóch nastolatków lawirujących na pełnej szybkości między statkami wchodzącymi do portu. Na szczęście trasa trwała tylko 20minut i zieleniejąca obok mnie Malajka nie zdążyła pokazać czy i co jadła na śniadanie...
Przystanek autobusowy w Menumbok był zmonopolizowany przez wielkiego Malaja w kowbojskim kapeluszu, który dyrygował załadunkiem do podjeżdżających busików. Od razu na wstępie uszczęśliwił nas informacją, że miejsc w busach do KK nie ma (do tego swoje dołożyli jacyś Angole twierdzący, że oni tu sterczą już ponad 2 godziny).
Na szczęście jednym rzutem oka na mapę a drugim na napisy na busikach, odkryliśmy, że stoi kilka względnie pustych jadących do Buefort, które to jest w 1/3 drogi do KK. Wtarabaniliśmy się do takowego z nadzieją, że w owym Buefort znajdzie się busik do KK. Takoż się stało.
Pokimując sobie w obydwu autobusach (bez klimy! :), dotarliśmy do Kota Kinabalu, gdzie w końcu wylądowaliśmy w hoteliku Rainforest Lodge. Pod samym oknem mamy knajpę z muzyką na żywo więc powinniśmy mieć rozśpiewane sny.
Zaliczyliśmy masaż nóżek. Krótkie zakupy i zaraz zmywamy się spać.
Przed nami dwa dni w KK do wykorzystania na krótkie wypady pod miasto (na Mt. Kinabalu nie włazimy, bo podobno straszne tłoki a tego nie lubimy) oraz na zorganizowanie treków dżunglowych w Sabah (może da się zobaczyć słonia w dżungli?)...
czwartek, 3 listopada 2011
Z jednodniową wizytą w Brunei
Rano wymieniliśmy 200 RM na pieniądze Jego Wysokości Sułtana i ruszyliśmy w kierunku granicy. Tamże przekroczyliśmy bez problemu wszelkie formalności i znaleźliśmy się w Brunei - kraju, o którym nie sądziliśmy, że kiedykolwiek się w nim znajdziemy. Już szliśmy w kierunku przystanku busikowego, gdy nagle zatrzymał się jakiś samochód osobowy a kierowca zaczął machać ręką pokazując, że nas podwiezie. To się nam trafiło. Pal diabli koszt autobusu, bo dwa $B nie majątek, ale po pierwsze dużo szybciej a po drugie okazało się, że kierowca ma brata, który obwozi ludzi łódką wokół najważniejszych miejsc stolicy, Zażądał po $B15 od łebka, ale mając tylko kilka godzin na zwiedzanie nie chcieliśmy marudzić i bralismy co dawali.
Po drodze, widoki na Brunei wcale nie pokrywały się z moim wyobrażeniem. Zdawało się, że opływający w kasę z ropy naftowej kraj będzie miał wszystko wymuskane: super drogi, wszystkie budynki powyżej pewnego standardu itd. A tu okazało się, że Brunei to kraj kontrastu: kilkaset metrów od hoteli po $B3000 noc stoją chatki lewd sklecone z jakichś desek, folii i blachy.
Po dotarciu na miejsce, przejął nas brat naszego kierowcy i zabrał na przejażdżkę łódką wokół "wioski na wodzie" oraz do lasu mangrowego podglądać zwierzęta. I okazało się, że była to decyzja w dziesiątkę. Tylu zwierząt co w czasie tego mini-rejsu nie widzieliśmy przez parę dni w środku dżungli. Najpierw sternik wypatrzył kilka krokodyli na brzegach rzeki (ależ to zwierzątko potrafi szybko biegać, gdy je przestraszyć), potem kilka dużych jaszczurów, węża mangrowego oraz - hicior - stado proboskis monkey (małpek z wybitnie przedłuzonym nosem).
Po rejsie wpadliśmy do jadłodajni w domu towarowym na rózniaste jedzonko. Brunei zachowało się przyzwoicie, bo zezwoliło ulewie na przejście nad miastem akurat wtedy gdy my siedzieliśmy spokojnie w restauracji.
Po obiadku poszliśmy oglądać ogromny meczet. Nie można było wejść do środka, bo trwały przygotowania do piątkowych modlitw, ale nawet z zewnątrz była to budowla elagancka i okazała. W przeciwieństwie do muzeum pamiątek królewskich, które szybko okazało się dość monotonnym ciągiem wystawionych na pokaz prezentów jakie Pan Sułatan otrzymał od osobistości z całego świata.
Po tym zwiedzaniu uderzyliśmy na dworzec autobusowy i wsiedliśmy do busa, zmierzającego ku granicy. Sama podróż powrotna minęła bez większych emocji i wieczorkiem wrócilismy do Limabngu aby dzień zakończyć kolejną superancką kolacją w chinskiej knajpie w towarzystwie francuskich przyjaciół.
Jutro wstajemy o 6 żeby o 8:00 ruszyć łodzią w kierunku Kota Kinabalu.
środa, 2 listopada 2011
Szlak Łowców Głów
Jakoś się nie doliczyliśmy zupek i w efekcie na śniadanie została nam tylko jedna paczka. Na szczęście zawiązane przyjaźnie procentują i poznany wczoraj lokales (przewodnik tej dwójki Japończyków) obdarowuje nas jedną paczuszką z zupką błyskawiczną. David i Cristal wcinają już z nami i za chwilę będziemy się zbierać w drogę.
Koleś udzielił nam rady na pijawki - podobno dobrze jest posmarować skarpety Tiger Balm (znana kiedyś w Polsce maść z tygryskiem). Jak poradził tak robimy. Ponieważ wcześniej naczytaliśmy się też, że dobrze jest mieć wysokie skarpety, w które wpuszcza się spodnie a najwyraźniej i w Polsce i w Singapurze wysokie skarpety najłatwiej zakupić w sklepach dla piłkarzy, to wyglądamy wszyscy czworo jak drużyna futbolowa :)
Słowo o naszych Francuzach. David i Crystel są nauczycielami z Francji, którzy od parunastu lat pracują we francuskich szkołach poza granicami swojego kraju. W ten sposób wylądowali na dwa-trzy lata w Luizjanie, na Bali i teraz w Singapurze. Przebywa się z nimi bardzo łatwo, bo każy ma czas dla siebie i nawet jak robimy coś razem, to nie łazimy ramię w ramię czy też bez przerwy rozmawiając po angielsku, ale jest czas na pogadanie ze sobą, czy zwiedzanie/spacerowanie we własnym tempie. Do tej pory przeszliśmy razem od rzeki do Camp 5, potem szlak na Pinnacles, Headhunter Trail i dalej w Limabngu i Brunei (nie uprzedzając faktów).
Ścieżka przez Headhunter Trail jest całkiem przyjemnym, w miarę płaskim szlakiem przez dżunglę. Troszkę bardziej naturalnym niż szlak między Camp 5 a rzeką co widać na przykład po mostach: nie są już to mosty o metalowo-drewnianej konstrukcji wiszące na stalowych linach, ale np. most upleciony wyłącznie z naturalnych lin (idzie się po 3 grubych linach związanych razem, trzymając lin bocznych i uważając żeby nie wpaść do rzeki pod spodem).
Przez całe 11 km marszu, dżungla pachnie bardo przyjemnie dla tych co lubią zapach lasu. Idzie się to po opadłych liściach, to schylając się pod zwalonymi drzewami, to przełażąc przez większe czy mniejsze potoki. Dookoła hałasy ptaszysk, małp itp, choć po prawdzie, to zwierzyny nie widać, bo wszystko dzieje się jakieś 40m nad nami więc dla ludzi zostaje podziwianie mrówek, owadów i ... pijawek.
Pijawki były jednym z najczęstszych tematów naszych rozmów jeszcze w Polsce. Obejrzeliśmy dostępne na YouTube filmy (wystarczy wpisać "junglecraft" - bardzo sympatyczny gość opowiada o podróżowaniu w dżungli), przedyskutowaliśmy strategie (od krótkich spodenek i sandałków do opcji pancernej z buciorami do łydki i grubymi spodniami). Nauczyliśmy się zawczasu jak od siebie pijawkę odrywać itd. Na miejscu dołożyliśmy do tego szczyptę wiedzy lokalesowej (w rodzaju "smarować skarpety tiger balm'em"). Wszystko na nic :)
Po pierwszych 8km znad rzeki do obozu, myśleliśmy że jesteśmy świetni w unikaniu tych robaczków, bo przyszliśmy bez jakichkolwiek śladów podczas, gdy np Norweg z sąsiedniej "pryczy" wyjmował sobie pijawkę spod gaci, bo jakimś cudem przyssała mu się do pośladka.
Za to w czasie Headhunter Trail Donia zaliczyła chyba ze 6 zwierzaczków, David i Crystel po jednej a mnie - mimo, że nic nie czułem - przytrafiło się też min. jedno ugryzienie (zwierzaka nie widziałem, ale mam krwawą kropkę pod kostką). Jednym słowem, mimo wszelkich sposobów, dżungla wzięła sobie od nas co chciała. I dobrze - taka raz napita pijawka może przetrwać bez jedzenia przez około rok więc o tyle mniej krwiożerczych bestii czeka na naszych następców na szlaku aż do listopada 2012 :)
Headunter Trail pokonaliśmy aż w 4,5 godziny robiąc po drodze może kwadrans postoju na kąpiel w rzece w środku dżungli. Znaczy kąpał się tylko David - całej reszcie nie chciało się przebierać.
A jak o przebieraniu mowa
Druga duża debata przed wyjazdem dotyczyła obuwia do dżungli. Znowu z pomocą przyszedł w/w gostek z YouTube i wiedzieliśmy, że raczej nie ma co wybierać się w sportowych adidasach ani w ciężkich buciorach. W efekcie ja zakupiłem wojskowe butki dżunglowe a Donia pozostała przy swoich butach trekkingowych za kostkę i na vibramowej podeszwie.
Co można powiedzieć po pierwszych paru dniach łażenia po lesie tropikalnym?
Na pewno nie ma co liczyć na nieprzemakalność butów. Gorotex, nie gorotex - jeśl leziesz przez las w czasie deszczu tropikalnego to BĘDZIESZ miał mokro w butach, żebyś nie wiem co robił.
Miękka podeszwa jest rzeczywiście lepsza niż twarda, bo lepiej się trzyma na korzeniach, mokrych kamieniach itp. Musi jednak być odpowiednio gruba, żeby nie czuć przez nią na wskroś skał i nierówności. Co prawda, idąca z nami na Pinnacle Amerykanka dotarła tam i spowrotem w zwykłych trampkach, ale zajęło jej to kilka godzin dłużej niż nam i chyba tylko cudem nie skręciła kostki.
Generalnie, gdybym miał kupować jeszcze raz, to albo bym się zdecydował na takie buty jak mam (czyli kopię wojskowych butów dżunglowych dla USArmy) albo kupił ich odpowiednik z jednej firm turystycznych (ludzie chwalili NorthFace'y i Columbie). Ewentualnie przyzwoite buty trekkingowe z maksymalnie agresywnym bieżnikiem i miękką podeszwą.
Wracając do naszej eskapady...
Na końcupieszej części czekał na nas wysłannik lokalesa, z którym wcześniej umówiłem się telefonicznie na rejs łódką w dół rzeki.
Zapakowali nas wszystkich do długiej na jakieś 15m łódki i zaczęliśmy rejs.
Dżungla z poziomu rzeki wygląda trochę inaczej niż gdy się przez nią idzie. Przede wszystkim, w czasie marszu patrzy się głównie pod nogi, żeby nie wywalić się na jakimś kamieniu czy korzeniu i nie ma za bardzo jak rozglądać się dookoła (dochodziło do tego, że mijając drzewo grubości domku jednorodzinnego, zauważaliśmy je dopiero, gdy ktoś przypadkiem podniósł głowę i okrzykiem zwrócił uwagę pozostałych). Po drugie, w marszu jest ciemno, bo korony drzew zabierają większość światło. No i po trzecie - w marszu pachnie stęchlizną: zapach świetny dla tych co lubią takie klimaty (jak ja), ale jednak jakoś szczególnie powabny to on nie jest.
Płynąc rzeką masz na sobie słońce i z góry (bo drzewa już tylko na brzegach) i z dołu (bo się w wodzie odbija). Pachnie wodą i szlamem (czyli inna woń Przygody). A głowę masz głównie w górze, bo wypatrujesz tych wszystkich zwierzaków, które chciałeś zobaczyć wybierając się na Borneo (notabene, przez całą podróż do Limangu widzielismy tylko parę ptaków - wyżarli te wszystkie krokodyle czy co? :)
Po dwóch godzinach zaczęło zwyczajowo lać jak z cebra. Na szybko płynącej łódce zrobiło się chłodno. Przybiliśmy do wioski w środku lasu, w której planowaliśmy spać, ale kolektywnie zdecydowaliśmy, że jednak wolimy już dopchać się jednym ciągiem do miasta niż poniewierać po jakichś ruderkach w tym miejscu. Może innym razem, bo klimat jakiś przecież ono miało...
Ostatnie pare kilosów pokonaliśmy mini-vanem, który dowiózł nas poprzez pola ryżowe, uprawy palmowe, jakieś żwirownie itp. do miasta Limbang i hotelu Purnama.
Hotelik okazał się czysty, z dużymi pokojami, kosztujący ok 100RM więc już dalej się nie rozglądaliśmy, tylko zabookowaliśmy i... padliśmy spać. Wieczorkiem wrzuciliśmy nasze mokre i śmierdzące ciuchy do pralni naprzeciwko hotelu (do odebrania nazajutrz) i wybraliśmy się z Francuzami do chińskiej knajpki na kolację (tylko chińskie restauracje serwują tu piwo - reszta co najwyżej mocną herbatę).
Kolacja była obfita, pełna śmiechu i bardzo smaczna. Po drodze zdecydowaliśmy się, że nie ruszamy dalej od razu jutro, ale na jeden dzień robimy wypad do pobliskiego Brunei. Tak z ciekawości jak wygląda super-bogaty kraik.
wtorek, 1 listopada 2011
Pinnacle
Trzeba powiedzieć, że nasz przewodnik - Jugin - nastraszył nas wieczorem dość mocno. Pokazał całą trasę na tablicy i z tego rysunku wynikało, że płasko to jest pierwsze 200m (z całej długości trasy = 2,4km) a potem mamy stałe nachylenie między 45% a 75% z momentami całkiem pionowymi (po drabinach). W dodatku wisi na każdym presja czasowa, bo w określonych pkt trasy nie możesz być później niż o godzinie X (motywowane to jest tym, żeby zdążyć na dół przed zmrokiem). Jeśli się spóźnisz na pkt kontrolny, to albo tylko ty albo cała grupa musi zawrócić (zależy, o którym punkcie mowa). W dodatku, w Kuching czytaliśmy jakieś wpisy w książce hostelowej, o tym że pół jakiejś grupy nie dało rady, że British Army nie dawało rady (sic!) itp. Wiec w sumie poszliśmy spać trochę zmarkotniali czy damy radę.
Raniutko zjedliśmy pół kilo ryżu z kurczakiem curry na ostro. Spakowaliśmy parę batoników i po 3 litry wody na łebka do plecaków i... poczuliśmy się przygotowani do trasy. Dołączyła reszta grupy (hitem była Amerykanka w trampeczkach) i ruszyliśmy.
Rzeczywiście, po dwóch metrach skończyła się w miarę normalna ścieżka przez mokrą dżunglę i zobaczyliśmy rumowisko głazów (jakies 70%) wcśnięte między dwie pionowe skały i przyczepioną na górze liną. To była nasza droga.
Po chwili okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Skały są super twarde i można się chwytać każdego wsytępu. Mnóstwo korzeni, na których się można podciągnąć no i lina... W każdym razie szło się całkiem raźnie i z każdym krokiem byłeś o pół metra do góry.
Dla bywalców Gór Swiętokrzyskich: należy sobie wyobrazić marsz w górę gołoborza na Łysicy, tylko że zlewanego codziennie ulewą, poprzerastanego korzeniami drzew no i przy temp 25-30st oraz wilgotności powyżej 80%.
Cały czas szło się pod górę. Bez żadnych wypłaszczeń czy zakrętów. Po prostu droga wzdłuż kamienistego zbocza porośniętego dżunglą.
Na 1500m zostawiliśmy w korzeniu zwalonego drzewa po butelce wody, żeby mieć co pić w drodze powrotnej i nie targać jej niepotrzebnie w dwie strony. Odpczęliśmy też na mini pinnacle skałkach wysokości 3-5m i szerokich na około metra a zakończonych cienkim jak nóż ostrzem. Odtąd przewodni zmienił swoją pozycję i szedł już na końcu grupy a my zasuwaliśmy dalej. Momentami bardziej przypominało to wędrówkę na czworaka. Czepiając się gałęzi i skał zdobywaliśmy kolejne metry w górę.
Punkt kontrolny, który musieliśmy osiagnąć przed 11:00 (żeby móc myśleć o powrocie za dnia)osiągnęliśmy o 9:30 więc szło nam nieźle i to bez jakiegoś wielkiego natężania.
Po chwilowym wypłaszczeniu (czytaj: nie szło się jak po schodach na klatce schodowej tylko jak w górę Monciaka w Sopocie) dotarliśmy do pierwszej drabiny. No i tu się zrobiło ciekawie.
Drabiny jak drabiny. Są ich krótkie odcinki więc nie trzeba się obawiać, że nagle się przemieszczasz 20m w pionie i masz pod sobą 10m pustki.Najciekawesze są jednak przejścia rumowisk głazów. Praktycznie wspinasz się z głazu na głaz, trzymając się skał, lin, korzeni. Stąpając po kamieniach, klamrach metalowych, poziomych kładkach itp. Nie jest to straszne nawet dla ludzi z lekkim lękiem przestrzeni, bo wszysko odbywa się w dość wąskich przejściach skalnych, porośniętych drzewami więc nie jest to tak, że jesteś zawieszony na jakiejś skalnej półce a wokół siebie masz kilometrowe przepaście.
Niemniej przygoda jest niezła. Wymaga trochę kondycji, ale daje sto razy większą satysfakcję niż dowolny park linowy.
Z Donką byliśmy pierwsi na szczycie i przez dobre 10min mielismy go tylko dla siebie. A widok był powalający...
Widzieliśmy oczywiście zdjęcia Pinnacles w przewodniku i necie (ba, były jednym z powodów do wciągnięcia Gunung Mulu na naszą listę). Niemniej, to co widać na żywo jest jednocześnie piękne i nierealne.
Trzeba sobie wyobrazić, że z czubka góry, którą właśnie zdobyłeś, patrzysz na przeciwległe zbocze, które wygląda jak poprzeszywane od dołu ostrzami kamiennych noży. Ostrza skalne, mają maks po 1 metr grubości a na samym czubku nie są grubsze nż pół cm! Są odległa od siebie o kilka metrów. Wokoło dżungla i obłoki mgły, nachodzącej momentami na tę scenerię. Totalny odlot!
Po chwili dołączyła reszta grupy i my zajęliśmy się jedzeniem kolejnej porcji ryżu z kurczakiem, którą przygotowalismy sobie na dole. Smakowało wybornie. Pachniało najwyraźniej też, bo zjawiły się wokół nas jakieś ni to szczurki ni to wiewiórki, które zwabiło nasze jedzonko i - poczęstowane grudkami ryżu - nie pogardziły przysmakiem.
Po chwili Donka zwinęłe się na kamieniu do snu a ja drzemałem "na dzięcioła". Łatwo się domyśleć, że reszta grupy miała niezły ubaw ze śpiochów i możliwe, że zrobili nam więcej zdjęć niż Pinnacles'om.
Dotarli też Japończycy i okrzyki zachwytu pani Japonki zostaną mi w uszach. Bo jeśli nacja tak wstrzemięźliwie wyrażająca emocje, literalnie krzyczała tu z zachwytu, to znaczy że Pinnacle to naprawdę miedzynarodowy cud.
Droga w dół od początku była trudniejsza niż w górę. Schodzenie tyłem do skały czy drabinki nie dawało takie poczucia kontroli i trzeba się było pilnować dwa razy lepiej. W sumie jednak trudności zaczęły się dopiero po tym jak przeszliśmy drabiny. Schodzenie po stromym zboczu z kamienia na kamień nie jest lekkie w żadnych warunkach, ale gdy jesteś w tropikalnym lesie, kamienie są porośnięte mchem, w poprzek szlaku masz miriady korzeni a do tego zaczyna lać tropikalna ulewa, to zaczyna się całkiem ciekawe ćwiczenie :)
W sumie jednak szło nam bardzo dobrze i z naszymi Francuzami schodzilismy sobie raźno na dół całą czwórką. Niestety, nadwyrężyłem w połowie drogi kolano (wcześniej uszkodzone na nartach) i praktycznie 1.5 km w dół przeszedłem tyłem, podtrzymując się drzew i korzeni.
W sumie dzięki temu, odkryłem największe zwierze na naszym szlaku. Złapawszy się którego z kolei drzewka, poczułem pod rękami coś drapiącego co natychmiast zwiało do góry. Okazało sie, że złapałe, w ten sposób 20cm jaszczurkę, która siedziała na pniu i dopiero mój uścisk skłonił ją do ucieczki na góre. Francuzom udało się zobaczyć na szlaku węża, ale wtedy byli już dobre 30 min przed nami.
Ostatnie 2 godz szliśmy w strugach potwornego deszczu. I mówiąc "potwornego" nie mam na myśli stania pod zwykłym prysznicem,chyba że jest on sikawki strażackiej. Nawet nie fatygowałem się zakładaniem kurtki p.deszczowej, bo moknięcie w tym klimacie, zwłaszcza gdy jesteś przepocony, jest przyjemnością. No i tak sobie człapaliśm z kamienia na kamień, od drzewka do drzewka i powoli docieraliśmy do punktu, z którego słychać było już szum rzeki.
Wcześniej mieliśmy pomysła, żeby po powrocie od razu, we wszystkich ciuchach wejść do rzeki, ale ciągle lało, w rzece zrobiło się dużo więcej wody a przede wszystkim nie był już klarowna, tylko płynęła jakaś kawa z mlekiem.
Ogólnie, był to najlepszy dotychczas dzień na borneo: z dżunglą, wyzwaniami, pięknymi widokami, tropikalną burzą i spartańskim schronieniem na końcu!
Zmęczeni byliśmy masakrycznie (cała droga zabrała nam 8,5godz) więc po kolacji z zupki błyskawicznej mieliśmy siły tylko na małą partyjkę dengi z naszymi francuzami i pójście spać.
poniedziałek, 31 października 2011
W Parku i początek wyprawy na Pinnacle
W punkcie zbiórki najpierw spotkaliśmy parkę Francuzów, którzy razem z nami robią Pinnacles i Headhunter trail. Fajnie. Zawsze to raźniej maszerować we czwórkę niż w dwójkę. Okazało się, że są nauczycielami francuskiego i pracując w swoim zawodzie, siedzieli już w Stanach, gdzieś tam i obecnie w Singapurze. Fajna robota.
Po chwili przyłączyły się dwie Angielki, które idą z nami tylko na Pinnacles i potem wracają do bazy.
Początek drogi polegał na podpłynięciu płaskodenną łódką do Jaskini Wiatru (Wind Cave) oraz do Jaskini Czystej Wody (Clearwater Cave).
Obie okazały sie całkiemfajne. W jaskini wiatru przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia między kolejnymi pieczarami, w których to przejściach rzeczywiście trochę wiało, ale generalnie bóg wiatru miał chyba raczej wolne, bo ten powiew był ledwo ledwo wyczuwalny :) Niemniej formy skalne, zwłaszcza w Komnacie królewskiej były obłędne. Różnego rodzaju stalaktyty i stalagmity, często połączone w kolumny albo ukształtowane w zasłony skalne. Dyskretnie tu i ówdzie podświetlone. Bardzo ładnie.
Uroda drugiej jaskini polegała raczej na tym, że płynie przez nią regularna rzeka (taka na 10-15mszerokości). Oczywiście powyżłabiała jaskinię na wszelkie możliwe sposoby. Co ciekawe, woda w niej w ogóle nie jest zimna - możnaby się spokojnie wykąpać.
Po małym, zabranym z domku, podwieczorku, ruszylismy w górę rzeki do Camp 5. Okazało się, że przewodnik z nami nie płynie i że sternicy po prostu wysadzą nas na początku 8-kilometrowej ścieżki, którą mamy sobie przejść samemu a na końcu będzie czekał na nas w/w obóz. Super ;)
Droga przez dżunglę była naprawdę przygodowa. Przez zwalone drzewa, korzenie, wiszącymi mostami, kładkami przez błota. Ostatnie 2 km szliśmy w potokach tropikalnego deszczu. Cieplutko jak pod prysznicem :) Trochę ciężko było z dwoma plecakami (małym i dużym), ale jakoś się wtaszczyliśmy na miejsce.
Camp 5 okazał się klimatyczną grupką kilku domków na palach. Nad rzeką, w cieniu gór, ze ścianami o wysokości 1,5m, podniesioną drewnianą podłogą i moskitierami (wypożyczonymi za 10RM).
Najlepszy punkt na poczatek programu, to było wykąpanie się w rzece. Tak! Pływałem sobie w rzece na Borneo. Jakby mi to ktoś powiedział wcześniej to bym nie uwierzył. Każda rzeka w tropikach to krokodyle, piranie itp - prawda? A tutaj, normalna górska rzeka tyle że woda jakieś 25 stopni :) Pycha
Ugotowaliśmy już ryż na jutro i zaraz idziemy na odprawę z przewodnikiem. A jutro o 6-7 rano - wyruszamy!
Do Gunung Mulu National Park
Siedzimy w naszym pokoju w Gunung Mulu National Park (http://www.mulupark.com) w naszym bungalowie "Orchidea". Nie jest to może najtańsze zakwaterowanie, ale byliśmy tak zachwyceni tym co zobaczyliśmy po przyjściu do kwatery głównej parku, że nie chciało nam się już wracać do wioseczki. A że nie było wolne nic tańszego... to siedzimy w połowie własnego domku, mamy 25mkw pokoju, tarasik z rattanowymi mebelkami nad własną sadzawką, klimę, wentylator i siatki w oknach. O takich drobiazgach jak wc i prysznic nie wspominam... Oj poprawił nam się standard zakwaterowania od wczoraj :)
Ale po kolei...
Po zjedzeniu lunchyku (świetna zupa laksa - rybna z cebulą i przyprawami) poszliśmy poszukiwać naszych bagaży, które troskliwa ręka fińskiego przewodnika powinna już była dostarczyć na lotnisko w Kuchingu.
Pierwsze poszukiwania zawiodły nas do kantorka, w którym nie było ludzi tylko kartka aby się zgłosić do stanowiska Malyesian Airlines w hali przylotów. Sęk w tym, że takowego tam nie było. Dwiema sierotkami błąkającymi się po lotnisku zainteresowała się kobita w mundurze, która skierowała nas do sekcji normalnie zamkniętej dla odwiedzających lotnisko każąc powołać się na nią (nazwałem ją w myślach panią generał).
Plecaczki w każdym razie czekały na nas w kantorku a uśmiechnięta kobitka wydała nam je po podpisaniu dwóch papierków.
Taksówką dojechaliśmy do polecanego przez LP hostelu Sangganah. Super miejscówa. Czyściutko. Pomocna ekpia. Blisko do rzeki.
Jedyną kwestią był fakt, że ostatni wolny pokój to był Honney Moon suite z łożem z baldachimem :) Wzięliśmy, bo się nam już chodzić specjalnie nie chciało. A co! :)
Mały spacer wieczorkiem po Kuchingu nie przyniósł jakichś wielkich odkryć. Ot, spacerek brzegiem rzeki po promenadzie, którą można zobaczyć w każdym większym mieście. Tyle, że oczywiście cieplutko jak przystało na miejścowość położoną raptem kilkaset km od równika. Poza tym, normalne światowe marki hoteli, jakieś ryneczki z turystyczną tandetą itd.
Wróciliśmy do naszego hosteliku, bo na dachu mieścił się bar z hamakam, piwkiem, internetem itd. Zaopatrzyliśmy się w lokalesowego Tiger'a (piwko) i zajęliśmy się zdjęciami, które czekały na zbackupowanie i wrzucenie do netu. Okazało się, że to praca strasznie wyczerpująca i musieliśmy(!) :) pójść na miniaturowe kebaby robione w jakiejś budce nad rzeką. Padliśmy spać około 23:00 - jeszcze jesteśmy rozregulowani jetlagiem.
Rano hostelik fundnął nam śniadanie z tostów z dżemem, kawy i arbuza. Zaczęliśmy od międzynarodowego skandalu, bo okazało się, że tosty, które zaczęliśmy od razu smarować masłem, były nastawione przez jakieś Niemki czy Holenderki, które z przerażeniem obserowowały zza naszych pleców, jak słowiańscy barbarzyńcy odbierają im posiłek :)
Zażegnaliśmy kryzys między krajami UE i taksówką pojechaliśmy na lotnisko, gdzie czekał już na nas samolot MASwings do Mulu (jedyna 100/os). Z całego lotu do Mulu najlepsze było lądowanie. Niby człowiek czytał w tylu książkach podróżniczych, że ten czy ów wylądował na "spłachetku ziemi wyrwanym dżungli i przerobionym na lotnisko", ale czytać a doświadczyć to nie to samo.
Jakieś 100 km przed Mulu samolot leci już dość nisko nad dżunglą. Na tyle, że można rozróżnić pojedyncze skały w nurcie rzek i oddzielne drzewa. Potem zniża się coraz bardziej i zaczyna lecieć nad doliną, ale poniżej szczytów otaczajacych go z obu stron gór. Wreszcie leci już baaaaardzo nisko nad dżunglą, która w pewnym momencie się ucina i okazauje się, że jesteśmy jakieś 300m przed początkiem pasa startowego, po którego bokach jest regularny las tropikalny i tylko jakieś baraczki wielkości dworca we Wrzeszczu udają tutejsze lotnisko.
Pierwsze uderzenie gorącego i mokrego (bo ono już nie jest tylko wilgotne, wydaje się że idziesz zanurzony w wodzie, która jest tylko na tyle rozrzedzona, że możesz oddychać) po prostu zwala z nóg i powoduje, że wszystko co szklane (od okularów przez obiektywy pokrywa się parą). Po chwili jednak czuje się tu człowiek - nomen omen - jak ryba w wodzie i odebrawszy bagaże idziemy na spotkanie pań, które za 5RM wręczają nam kupony na transport do dyrekcji parku narodowego.
Po wyjściu z samochodu idziemy przez linowy most przerzucony nad rzeką otaczającą Gunung Mulu National Park od "wioski" (2-3 domy) Mulu. Na miejscu, widok dżungli wiskającej się praktycznie w każdy budynek mieszkalny i porastającej gęsto widoczne wokół góry jest powalający. Wszystko jest pachnące, rozkrzyczane, wymyte tropikalnym deszczem, lśniące i parujące. Super.
Przy meldowaniu się leśnikom, dogadujemy się na nocleg w bungalowie (możnaby może trochę taniej na drugim brzegu rzeki, ale kto by wychodził z raju na własne życzenie). Umawiamy się też, że w miejsce trekingu polegającego na pójściu w dżungle, wspinaczce na Pinnacles i powrocie do centrali parku (co planowaliśmy oryginalnie), zrealizujemy nasze marzenie i pójdziemy na wskroś Parku, wleziemy na wspomniane Pinnacles a potem już sami we dwójkę pójdziemy szlakiem łowców głów (Headhunters Trail) do wioski po drugiej stronie gór.
Headhunters Trail, to droga którą łowcy głów dreptali dość regularnie na wybrzeże, żeby tam zdobyć pare czaszek do swojej kolekcji. Dziś jest to 11km dobrze oznaczonym (podobno:) szlakiem przez dżunglę do wioski, w której ma na nas czekać facet z łodzią, który zabierze nas najpierw do tzw. longhouse (chata tubylców), gdzie spędzimy noc a na drugi dzień jeszcze kawałek łodzią i potem paręnaście km dżipem do miasta Limbang (albo tam zostaniemy albo od razu dalej łodzią do Kota Kinabalu).
Zapowiada sie emocjonująco i baaaardzo przygodowo.
Po meldunku, przebraliśmy sie i praktycznie od razu poszliśmy na spotkanie z przewodniczką, która zabrała nas i 4 innych osób na spacer (3km) do jaskini jeleni (Deer Cave) oraz Lang Cave.
Kobieta okazała się fanatyczką dżungli w najlepszym tego słowa znaczeniu. Widać, że ma wiedzę oraz że po prostu kocha te wszystkie rośliny, robaczki, nietoperze i inne cudaki, które było widać po drodze.
Sam spacer był bardzo łatwy, bo te szlaki najbliżej centrali parku są wyłożone drewnianym chodnikiem więc idzie się bardzo łatwo.
Pierwsza jaskinia, Lang Cave, ma oszałamiające twory krasowe. Pełno stalaktytów, stalagmitów i innych "mitów" :) Przyjemna temperaturka i super widok z wnętrza jaskini na zieloną dżunglę u jej wylotu.
Położona obok Deer Cave jest ogrooomna. Czytaliśmy o tych ponad 100m średnicy jej wejścia, ale tam trzeba stanąć żeby zobaczyć tę wielkość. Zasiedla tę pieczarę kilka milionów nietoperzy co widać głównie po ilości czarnych odchodów na dole i zapachu amoniaku w powietrzu. Nietoperze wylatują codziennie na łowy i to jest spektakl na który czekają turyści, bo te parę milionów lataczy rusza prakycznie na raz co daje efekt podobny do widoku roju pszczół... Uprzedzając fakty: nam się nie udało tego zjawiska zobaczyć, bo rozszalał się potężny deszcz i stworzonka wolały siedzieć głodne w jaskini niż moczyć futerka i obijać głowy (podobno w deszczu ich echolokacja nie działa za dobrze).
Spacer po samej jaskini to chyba z godzina. Pieczara jest naprawdę wielka. Po drodze widać skały, które z jednego miejsca przypominają wypisz wymaluj profil Abrahama Lincolna. Na końcu za to, okazuje się, że duża część jaskini zawaliła się przed wielu, wielu laty , zarosła dżunglą i powstał "Ogród Edenu" - kompletnie odcięta od reszty świata kotlinka. Super to wygląda.
Jak wspominałem, nie doczekaliśmy się nietoperzy i już samotnie wróciliśmy do centrali parku na kolacje i zakupy żywnościowe (w dżungli przez najbliższe 2 noce gotujemy sami).
Skompresowaliśmy dwa plecaczki w jeden (nawet kosztem pozostawienia paru koszulek itd. na straty), bo jutro targamy ten cały towar 8km przez dżunglę (a pojutrze - 11km). W sumie okazuje się, że mamy wszystko oprócz środka na komary (akurat się skończył) - zobaczymy, może nas nie zjedzą.
No i tyle. Zobaczymy jak to będzie jutro. Podobno wejście na te Pinnacle, to 2,4km drogi ale 1200m różnicy poziomów.
niedziela, 30 października 2011
Pierwsze fotki
https://picasaweb.google.com/Donka.Kedas/BorneoAlbum?authuser=0&authkey=Gv1sRgCPHd8Jm8wfvtag&feat=directlink
sobota, 29 października 2011
Wjeżdżamy na Borneo
Wypłaciliśmy z bankomatu odszkodowanie od FinnAir'a przeliczając na czuja Euro na Ringitty, bo na karcie pokazało nam, że mamy 268USD a to coś za dużo i nie chcieliśmy niechcący zaciągnąć kredytu :)
Lot na Borneo minął bez większych emocji o ile nie liczyć wycieczki połowy dzieci z KL, które najwyraźniej właśnie dzisiaj musialy jechać z rodzicami do Kuchingu. Oczywiście radość i wszelkie inne uczucia wyrażały ile sił w maleńkich płucach, co na Donce - ciagle na jetlagu - robiło dość piorunujące wrażenie.
Borneo z lotu ptaka wygląda jak jeden wielki obszar zieleni, poprzerywany wijącymi się jak węże rzekami.
Na lotnisku kupiliśmy kupon na taksówke i z tym papierkiem udaliśmy się do autka. Kierowcy powiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć orangutany w Semenggoh Center. Okazało,się że nie można tam dojechać z lotniska inaczej jak taksą (a jechać do miasta i potem wracać na lotnisko po nasze zagubione bagaże wydawało nam się przesadą).
Wg Lonely Planet,Semanggoh,to parohekarowy obszar dziewiczej dżungli, w którym następuje przystosowywanie do życia w dzikości tych orangutanów, które z jakiegoś powodu musiały być wychowywane przez człowieka.
Wg LP, park miał być otwarty od 8 do 16 i mieć kilka szlaków, którymi można połazić.
I tyle teoria....
Zanim się zorientowaliśmy, że jest zamknięte dla gości do 14:00, nasza taksówka odjechała a nam pozostało posiedzieć dwie godzinki na przystanku autobusowym i poczytać przewodnik oraz podrzemać. Po chwili dosiadł się do nas chłopaczek lokalesowy, który czekał na autobus do Kuchingu. Porozmawialiśmy sobie o tym co fajnego zobaczyć, zjeść i poczuć na Borneo.Świetnie mówił po angielsku. Podyktował nam nazwę potrawy, którą podobno trzeba spróbować będąc w Kuching: rojak sotong (zdaje się, że coś z warzywami i chyba rybą, ale tego pewien nie jestem - aż tak dobrze nasz znajomy nie mówił :)
O 14:00 weszliśmy do rezerwatu poprzedzani przez wycieczkę szkolną. Szliśmy razem jakieś 1,5 km a Donka miała ubaw, bo wyglądałem jak przewodnik stada. Zresztą dzieci też miały dużą radość z dwójki białasów drepczących razem z nimi przez dżunglę.
W głębi lasu, na polanie, czekał leśniczy a na drzewie tuż obok siedziała Pani Orang Utan z młodym. Wyprawiali akrobacje na drzewach i złazili na ziemię po serwowane przez leśniczego banany (dorosły orangutan wsadza sobie do paszczy 3 banany i jeszcze ma skubany miejsce).
Potem przylazła cała reszta małpiej rodziny.Nie pojawił się tylko naczelny samiec, ale może to i dobrze, bo (a)waży 140kg, jest 8-krotnie silniejszy od dorosłego mężczyzny, (b)napadł w zeszłym tygodniu leśnika,co było powodem, że goście nie byli wpuszczani samotnie na szlaki w rezerwacie.
Super widowisko w sumie.Niby się widziało w zoo, ale gdy między nami a małpami nie ma krat, mogą łazić gdzie chcą no i dookoła gorąco i parno jak to w dżungli, to inaczej się wszystko odbiera. Nie przeszkadzała nawet wspomniana wycieczka szkolna, bo towarzystwo było cicho i jakoś się rozproszyło...
Przygadałem parkę Holendrów, którzy przyjechali tutaj taksówką z miasta i mieli nią wracać (niezły motyw swoją drogą: taksówką do dżungli) i poprosiłem, żeby nas podrzucili albo do miasta skąd się cofniemy na lotnisko albo od razu na lotnisko jeśli będzie po drodze.
Nowi znajomi okazało się, że też niedawno przylecieli z Europy a ich trasa circa pokrywa się z naszą. Daliśmy im 20RM za przysługę i teraz czekamy na lotnisku z nadzieją, że nasze główneplecorki dolecą wreszcie do nas. Gdy odzyskamy kabel USB, to bedzie można zacząć wrzucać zdjęcia...:)
Dalej zamierzamy się wbić do hotelu i pogadać w agencjach na miejscu, żeby sprawdzić czy wypady do DanumValley albo w podobne miejsce nie są przypadkiem tańsze w osobistej konfrontacji niż przy kontaktach przez internet
piątek, 28 października 2011
Przylecieli do Bamgoku
Lot byl Ok glownie dlatego ze mielismy obok siebie wolne siedzenie i mozna sie bylo jakos zwinac do snu. Poza tym Finnair sie nie popisal. Slabiutki system video. Beznadziejne jedzenie. A Donke o malo nie wysadzili, bo pila sobie kulturnie z kieliszeczka winko kupione na lotnisku. Przylazl lyay finski steward (jak mozna zatrudniac takich brzydkich facetow!) i kazal oddac winko :(
Ps. Wlasnie sie okazalo, ze nasze glowne plecaki zostaly w Helainkach. Dostalismy 70 eur rekompensaty a plecaki maja doleciec na Borneo jutro o 17:00. Zobaczymy
Przez to wszystko, ledwo zdazylismy na samolot do Kuala Lumpur (proszac ludzi w kolejkach i uprawiajac szalenczy bieg przez cale lotnisko). W dodatku zabralo Donce taki malutki nozyk victorinoxa, ktory do tej pory przechodzil przez wszystkie kontrole :(
Nic to. Siedzimy juz w samolocie i za 3 godz bedziemy w Malezji
Helsinki cd
Czekamy na nasza "ostatnia wieczerze" czyli ostatni posilek europejski. Przed nami 3 tygodnie na ryzu i makaronie wiec zamowilismy burgera i pizze.
Donia wprawila kelnera w poploch bo zazadala cieplego! piwa. W kraju sw. Mikolaja wszystko jest jednak mozliwe i - po przetrzasnieciu czelusci magazynow - facet wylonil sie z puszka cieplego stouta