piątek, 18 listopada 2011

Powrót cz 1: Mabul - Semporna - Tawau - Kota Kinabalu

Dzień wstał wyjątkowo szary i pochmurny. Nad Mabulem wisiały czarne chmury a morze niewiele się różniło kolorem od atramentu (no, granatowego atramentu). Widać Neptun (czy kto tam rządzi morzem w tym rejonie świata) wie, że dzisiaj wyjeżdżamy i zrobił sobie wolne.

Niemrawo się zwijamy z pokoju, w którym spędziliśmy ostatnie kilka dni. Jakoś dziwnie z tym uczuciem, że dziś już nie nurkujemy (nie wolno na 18h przed lotem). Powoli się przenosimy z bagażami do stołówki, padamy na fotele w barze i na przemian albo coś grzebiemy w necie (który się magicznie pojawił i jaki jest taki jest, ale w ciągu 3godz pozwala bezpiecznie załadować zdjęcia do netu) albo czytamy książki.

Donia kończy swoje romansidło wakacyjne, które zanabyła jeszcze w Kota Kinabalu a ja skaczę między opisami poszczególnych krajów w książce Marco Polo a jakąś sensacyjką MacLean'a (siła Kindla - mam ze sobą kilkaset książek :) - nawet Donka się przekonuje do czytnika chociaż dla zachowania twarzy ciągle podkreśla, że nie ma to jak szelest papieru i zapach książki (no, ma rację, ale jak popatrzysz na wagę Kindla i normalnych książek - to w podróży nie ma to jak eBook).

Wieczór wcześniej przeżyliśmy chwilę zwątpienia, bo za Chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć czy my w końcu kupiliśmy bilet lotniczy z Tawau do KK czy tylko zamierzaliśmy go kupić. Po dłuższych poszukiwanaich, odnajdujemy potwierdzenie z MASwings, że rezerwację mamy.
Na marginesie: do podróżowania wewnątrz Borneo szczerze polecamy MASwings. Jest to tania odmiana Malysian Airlines. Mabardzo dużo połączeń między najwazniejszymi punktami Sarawaku i Sabahu. Często jest tańsza od kultowej AirAsia, bagaż główny masz w cenie, wybór miejsca (przy web check-in) za darmo a na pokładzie ciasteczko i coś do picia w cenie biletu. Lataliśmy z Kuchingu do Mulu (100RM/os), z KK do Lahad Datu i z Tawau do KK. Wszystko w porzadku, z miłą obsługą. Nic tylko latać między parkami narodowymi Borneo.

Robimy trochę pożegnalnych zdjęć.Zjadamy lunch i do łódki. Odbijamy i za nami zostają plaże i rafy Mabulu. Dobre miejsce to było. Świetne nurki, super wypoczynek,fajni ludzie...Na przystani w Sempornie kasują nas za nurkowanie nocne, transport łodzią i transport do Tawau (van już czeka). Nie jest najtańsze to Scuba Junkie, ale warte każdego ringitta. Organizacja na wysokim poziomie, sprzęt niewyeksploatowany (jak sobie porównam z łachmanami i zacinającymi się regulatorami w tajlandii rok temu.... !!!), kompetentni dive masters, super miejsca nurkowe i sam ośrodek na Mabulu niewyszukany, ale bardzo bardzo przyjemny... Polecamy czystym sumieniem.

W Sempornie też spotykamy Polaków z Warszawy, z którymi wcześniej rozmawialiśmy na Mabulu. Byli dziś na Sipadanie i... nie są rozentuzjazmowani. Mówią, że nie widzieli zbyt dużo. Może to wina pogody, może dużych oczekiwań (bo wszyscy wokoło trąbią jakie to cudo) a może obu tych rzeczy na raz. Dość,że na kolana ich nie rzuciło...

Wrzucamy coś szybko na ruszt gawędząc ze Svenem (naszym instrutorem z AOWD). Chłopza parę tygodni wybiera się do domu do Berlina (po 2 latach) a potem leci pracować jako nurek do Meksyku. Ten to ma życie. Na koniec rozmowy życzy nam... Wesołych Świąt. Kurcze, rzeczywiście to już grudzień za pasem i Mikołaj już sanie smaruje... Trudno uwierzyć - tutaj ciągle w okolicach 30st...

Jazda do Tawau nie była jakaś spektakularna. Jedziemy z trójką Francuzów, których córeczka ma 7 lat i dzielnie sobie snorklowała w okolicach Mabulu. Fajnie, przypomina Basię - może i jej by się spodobało...
Francuzka poleca nam hotelik Borneo Beach House w Kota Kinabalu. Największa zaleta - jest 5min od lotniska, z którego mamy poranny lot do Kuala Lumpur.

Po dolocie okazuje się jednak, że blisko to on jest z terminalu nr 2 (na którym ląduje Air Asia) a my - lecąc MASwings - lądujemy na terminalu nr 1, z którego trzeba do hotelu dojechać taksówką za 30RM.Hotel okazuje się delikatnie mówiąc szmirowaty. Za 70RM mamy pokoi z wiatrakiem, bez pościeli (do przykrycia dają jakieś szmatki) i z łazienką na zewnątrz, bez śniadania. Ani tanio ani fajnie. Gdyby nie to, że jest już 22:00 a z samego rana mamy lot, to raczej szukalibyśmy czegoś innego.

A tak? A tak padamy na twarz po szybkich ablucjach i pocieszamy się, że to tylko jedna noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz