poniedziałek, 31 października 2011
W Parku i początek wyprawy na Pinnacle
W punkcie zbiórki najpierw spotkaliśmy parkę Francuzów, którzy razem z nami robią Pinnacles i Headhunter trail. Fajnie. Zawsze to raźniej maszerować we czwórkę niż w dwójkę. Okazało się, że są nauczycielami francuskiego i pracując w swoim zawodzie, siedzieli już w Stanach, gdzieś tam i obecnie w Singapurze. Fajna robota.
Po chwili przyłączyły się dwie Angielki, które idą z nami tylko na Pinnacles i potem wracają do bazy.
Początek drogi polegał na podpłynięciu płaskodenną łódką do Jaskini Wiatru (Wind Cave) oraz do Jaskini Czystej Wody (Clearwater Cave).
Obie okazały sie całkiemfajne. W jaskini wiatru przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia między kolejnymi pieczarami, w których to przejściach rzeczywiście trochę wiało, ale generalnie bóg wiatru miał chyba raczej wolne, bo ten powiew był ledwo ledwo wyczuwalny :) Niemniej formy skalne, zwłaszcza w Komnacie królewskiej były obłędne. Różnego rodzaju stalaktyty i stalagmity, często połączone w kolumny albo ukształtowane w zasłony skalne. Dyskretnie tu i ówdzie podświetlone. Bardzo ładnie.
Uroda drugiej jaskini polegała raczej na tym, że płynie przez nią regularna rzeka (taka na 10-15mszerokości). Oczywiście powyżłabiała jaskinię na wszelkie możliwe sposoby. Co ciekawe, woda w niej w ogóle nie jest zimna - możnaby się spokojnie wykąpać.
Po małym, zabranym z domku, podwieczorku, ruszylismy w górę rzeki do Camp 5. Okazało się, że przewodnik z nami nie płynie i że sternicy po prostu wysadzą nas na początku 8-kilometrowej ścieżki, którą mamy sobie przejść samemu a na końcu będzie czekał na nas w/w obóz. Super ;)
Droga przez dżunglę była naprawdę przygodowa. Przez zwalone drzewa, korzenie, wiszącymi mostami, kładkami przez błota. Ostatnie 2 km szliśmy w potokach tropikalnego deszczu. Cieplutko jak pod prysznicem :) Trochę ciężko było z dwoma plecakami (małym i dużym), ale jakoś się wtaszczyliśmy na miejsce.
Camp 5 okazał się klimatyczną grupką kilku domków na palach. Nad rzeką, w cieniu gór, ze ścianami o wysokości 1,5m, podniesioną drewnianą podłogą i moskitierami (wypożyczonymi za 10RM).
Najlepszy punkt na poczatek programu, to było wykąpanie się w rzece. Tak! Pływałem sobie w rzece na Borneo. Jakby mi to ktoś powiedział wcześniej to bym nie uwierzył. Każda rzeka w tropikach to krokodyle, piranie itp - prawda? A tutaj, normalna górska rzeka tyle że woda jakieś 25 stopni :) Pycha
Ugotowaliśmy już ryż na jutro i zaraz idziemy na odprawę z przewodnikiem. A jutro o 6-7 rano - wyruszamy!
Do Gunung Mulu National Park
Siedzimy w naszym pokoju w Gunung Mulu National Park (http://www.mulupark.com) w naszym bungalowie "Orchidea". Nie jest to może najtańsze zakwaterowanie, ale byliśmy tak zachwyceni tym co zobaczyliśmy po przyjściu do kwatery głównej parku, że nie chciało nam się już wracać do wioseczki. A że nie było wolne nic tańszego... to siedzimy w połowie własnego domku, mamy 25mkw pokoju, tarasik z rattanowymi mebelkami nad własną sadzawką, klimę, wentylator i siatki w oknach. O takich drobiazgach jak wc i prysznic nie wspominam... Oj poprawił nam się standard zakwaterowania od wczoraj :)
Ale po kolei...
Po zjedzeniu lunchyku (świetna zupa laksa - rybna z cebulą i przyprawami) poszliśmy poszukiwać naszych bagaży, które troskliwa ręka fińskiego przewodnika powinna już była dostarczyć na lotnisko w Kuchingu.
Pierwsze poszukiwania zawiodły nas do kantorka, w którym nie było ludzi tylko kartka aby się zgłosić do stanowiska Malyesian Airlines w hali przylotów. Sęk w tym, że takowego tam nie było. Dwiema sierotkami błąkającymi się po lotnisku zainteresowała się kobita w mundurze, która skierowała nas do sekcji normalnie zamkniętej dla odwiedzających lotnisko każąc powołać się na nią (nazwałem ją w myślach panią generał).
Plecaczki w każdym razie czekały na nas w kantorku a uśmiechnięta kobitka wydała nam je po podpisaniu dwóch papierków.
Taksówką dojechaliśmy do polecanego przez LP hostelu Sangganah. Super miejscówa. Czyściutko. Pomocna ekpia. Blisko do rzeki.
Jedyną kwestią był fakt, że ostatni wolny pokój to był Honney Moon suite z łożem z baldachimem :) Wzięliśmy, bo się nam już chodzić specjalnie nie chciało. A co! :)
Mały spacer wieczorkiem po Kuchingu nie przyniósł jakichś wielkich odkryć. Ot, spacerek brzegiem rzeki po promenadzie, którą można zobaczyć w każdym większym mieście. Tyle, że oczywiście cieplutko jak przystało na miejścowość położoną raptem kilkaset km od równika. Poza tym, normalne światowe marki hoteli, jakieś ryneczki z turystyczną tandetą itd.
Wróciliśmy do naszego hosteliku, bo na dachu mieścił się bar z hamakam, piwkiem, internetem itd. Zaopatrzyliśmy się w lokalesowego Tiger'a (piwko) i zajęliśmy się zdjęciami, które czekały na zbackupowanie i wrzucenie do netu. Okazało się, że to praca strasznie wyczerpująca i musieliśmy(!) :) pójść na miniaturowe kebaby robione w jakiejś budce nad rzeką. Padliśmy spać około 23:00 - jeszcze jesteśmy rozregulowani jetlagiem.
Rano hostelik fundnął nam śniadanie z tostów z dżemem, kawy i arbuza. Zaczęliśmy od międzynarodowego skandalu, bo okazało się, że tosty, które zaczęliśmy od razu smarować masłem, były nastawione przez jakieś Niemki czy Holenderki, które z przerażeniem obserowowały zza naszych pleców, jak słowiańscy barbarzyńcy odbierają im posiłek :)
Zażegnaliśmy kryzys między krajami UE i taksówką pojechaliśmy na lotnisko, gdzie czekał już na nas samolot MASwings do Mulu (jedyna 100/os). Z całego lotu do Mulu najlepsze było lądowanie. Niby człowiek czytał w tylu książkach podróżniczych, że ten czy ów wylądował na "spłachetku ziemi wyrwanym dżungli i przerobionym na lotnisko", ale czytać a doświadczyć to nie to samo.
Jakieś 100 km przed Mulu samolot leci już dość nisko nad dżunglą. Na tyle, że można rozróżnić pojedyncze skały w nurcie rzek i oddzielne drzewa. Potem zniża się coraz bardziej i zaczyna lecieć nad doliną, ale poniżej szczytów otaczajacych go z obu stron gór. Wreszcie leci już baaaaardzo nisko nad dżunglą, która w pewnym momencie się ucina i okazauje się, że jesteśmy jakieś 300m przed początkiem pasa startowego, po którego bokach jest regularny las tropikalny i tylko jakieś baraczki wielkości dworca we Wrzeszczu udają tutejsze lotnisko.
Pierwsze uderzenie gorącego i mokrego (bo ono już nie jest tylko wilgotne, wydaje się że idziesz zanurzony w wodzie, która jest tylko na tyle rozrzedzona, że możesz oddychać) po prostu zwala z nóg i powoduje, że wszystko co szklane (od okularów przez obiektywy pokrywa się parą). Po chwili jednak czuje się tu człowiek - nomen omen - jak ryba w wodzie i odebrawszy bagaże idziemy na spotkanie pań, które za 5RM wręczają nam kupony na transport do dyrekcji parku narodowego.
Po wyjściu z samochodu idziemy przez linowy most przerzucony nad rzeką otaczającą Gunung Mulu National Park od "wioski" (2-3 domy) Mulu. Na miejscu, widok dżungli wiskającej się praktycznie w każdy budynek mieszkalny i porastającej gęsto widoczne wokół góry jest powalający. Wszystko jest pachnące, rozkrzyczane, wymyte tropikalnym deszczem, lśniące i parujące. Super.
Przy meldowaniu się leśnikom, dogadujemy się na nocleg w bungalowie (możnaby może trochę taniej na drugim brzegu rzeki, ale kto by wychodził z raju na własne życzenie). Umawiamy się też, że w miejsce trekingu polegającego na pójściu w dżungle, wspinaczce na Pinnacles i powrocie do centrali parku (co planowaliśmy oryginalnie), zrealizujemy nasze marzenie i pójdziemy na wskroś Parku, wleziemy na wspomniane Pinnacles a potem już sami we dwójkę pójdziemy szlakiem łowców głów (Headhunters Trail) do wioski po drugiej stronie gór.
Headhunters Trail, to droga którą łowcy głów dreptali dość regularnie na wybrzeże, żeby tam zdobyć pare czaszek do swojej kolekcji. Dziś jest to 11km dobrze oznaczonym (podobno:) szlakiem przez dżunglę do wioski, w której ma na nas czekać facet z łodzią, który zabierze nas najpierw do tzw. longhouse (chata tubylców), gdzie spędzimy noc a na drugi dzień jeszcze kawałek łodzią i potem paręnaście km dżipem do miasta Limbang (albo tam zostaniemy albo od razu dalej łodzią do Kota Kinabalu).
Zapowiada sie emocjonująco i baaaardzo przygodowo.
Po meldunku, przebraliśmy sie i praktycznie od razu poszliśmy na spotkanie z przewodniczką, która zabrała nas i 4 innych osób na spacer (3km) do jaskini jeleni (Deer Cave) oraz Lang Cave.
Kobieta okazała się fanatyczką dżungli w najlepszym tego słowa znaczeniu. Widać, że ma wiedzę oraz że po prostu kocha te wszystkie rośliny, robaczki, nietoperze i inne cudaki, które było widać po drodze.
Sam spacer był bardzo łatwy, bo te szlaki najbliżej centrali parku są wyłożone drewnianym chodnikiem więc idzie się bardzo łatwo.
Pierwsza jaskinia, Lang Cave, ma oszałamiające twory krasowe. Pełno stalaktytów, stalagmitów i innych "mitów" :) Przyjemna temperaturka i super widok z wnętrza jaskini na zieloną dżunglę u jej wylotu.
Położona obok Deer Cave jest ogrooomna. Czytaliśmy o tych ponad 100m średnicy jej wejścia, ale tam trzeba stanąć żeby zobaczyć tę wielkość. Zasiedla tę pieczarę kilka milionów nietoperzy co widać głównie po ilości czarnych odchodów na dole i zapachu amoniaku w powietrzu. Nietoperze wylatują codziennie na łowy i to jest spektakl na który czekają turyści, bo te parę milionów lataczy rusza prakycznie na raz co daje efekt podobny do widoku roju pszczół... Uprzedzając fakty: nam się nie udało tego zjawiska zobaczyć, bo rozszalał się potężny deszcz i stworzonka wolały siedzieć głodne w jaskini niż moczyć futerka i obijać głowy (podobno w deszczu ich echolokacja nie działa za dobrze).
Spacer po samej jaskini to chyba z godzina. Pieczara jest naprawdę wielka. Po drodze widać skały, które z jednego miejsca przypominają wypisz wymaluj profil Abrahama Lincolna. Na końcu za to, okazuje się, że duża część jaskini zawaliła się przed wielu, wielu laty , zarosła dżunglą i powstał "Ogród Edenu" - kompletnie odcięta od reszty świata kotlinka. Super to wygląda.
Jak wspominałem, nie doczekaliśmy się nietoperzy i już samotnie wróciliśmy do centrali parku na kolacje i zakupy żywnościowe (w dżungli przez najbliższe 2 noce gotujemy sami).
Skompresowaliśmy dwa plecaczki w jeden (nawet kosztem pozostawienia paru koszulek itd. na straty), bo jutro targamy ten cały towar 8km przez dżunglę (a pojutrze - 11km). W sumie okazuje się, że mamy wszystko oprócz środka na komary (akurat się skończył) - zobaczymy, może nas nie zjedzą.
No i tyle. Zobaczymy jak to będzie jutro. Podobno wejście na te Pinnacle, to 2,4km drogi ale 1200m różnicy poziomów.
niedziela, 30 października 2011
Pierwsze fotki
https://picasaweb.google.com/Donka.Kedas/BorneoAlbum?authuser=0&authkey=Gv1sRgCPHd8Jm8wfvtag&feat=directlink
sobota, 29 października 2011
Wjeżdżamy na Borneo
Wypłaciliśmy z bankomatu odszkodowanie od FinnAir'a przeliczając na czuja Euro na Ringitty, bo na karcie pokazało nam, że mamy 268USD a to coś za dużo i nie chcieliśmy niechcący zaciągnąć kredytu :)
Lot na Borneo minął bez większych emocji o ile nie liczyć wycieczki połowy dzieci z KL, które najwyraźniej właśnie dzisiaj musialy jechać z rodzicami do Kuchingu. Oczywiście radość i wszelkie inne uczucia wyrażały ile sił w maleńkich płucach, co na Donce - ciagle na jetlagu - robiło dość piorunujące wrażenie.
Borneo z lotu ptaka wygląda jak jeden wielki obszar zieleni, poprzerywany wijącymi się jak węże rzekami.
Na lotnisku kupiliśmy kupon na taksówke i z tym papierkiem udaliśmy się do autka. Kierowcy powiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć orangutany w Semenggoh Center. Okazało,się że nie można tam dojechać z lotniska inaczej jak taksą (a jechać do miasta i potem wracać na lotnisko po nasze zagubione bagaże wydawało nam się przesadą).
Wg Lonely Planet,Semanggoh,to parohekarowy obszar dziewiczej dżungli, w którym następuje przystosowywanie do życia w dzikości tych orangutanów, które z jakiegoś powodu musiały być wychowywane przez człowieka.
Wg LP, park miał być otwarty od 8 do 16 i mieć kilka szlaków, którymi można połazić.
I tyle teoria....
Zanim się zorientowaliśmy, że jest zamknięte dla gości do 14:00, nasza taksówka odjechała a nam pozostało posiedzieć dwie godzinki na przystanku autobusowym i poczytać przewodnik oraz podrzemać. Po chwili dosiadł się do nas chłopaczek lokalesowy, który czekał na autobus do Kuchingu. Porozmawialiśmy sobie o tym co fajnego zobaczyć, zjeść i poczuć na Borneo.Świetnie mówił po angielsku. Podyktował nam nazwę potrawy, którą podobno trzeba spróbować będąc w Kuching: rojak sotong (zdaje się, że coś z warzywami i chyba rybą, ale tego pewien nie jestem - aż tak dobrze nasz znajomy nie mówił :)
O 14:00 weszliśmy do rezerwatu poprzedzani przez wycieczkę szkolną. Szliśmy razem jakieś 1,5 km a Donka miała ubaw, bo wyglądałem jak przewodnik stada. Zresztą dzieci też miały dużą radość z dwójki białasów drepczących razem z nimi przez dżunglę.
W głębi lasu, na polanie, czekał leśniczy a na drzewie tuż obok siedziała Pani Orang Utan z młodym. Wyprawiali akrobacje na drzewach i złazili na ziemię po serwowane przez leśniczego banany (dorosły orangutan wsadza sobie do paszczy 3 banany i jeszcze ma skubany miejsce).
Potem przylazła cała reszta małpiej rodziny.Nie pojawił się tylko naczelny samiec, ale może to i dobrze, bo (a)waży 140kg, jest 8-krotnie silniejszy od dorosłego mężczyzny, (b)napadł w zeszłym tygodniu leśnika,co było powodem, że goście nie byli wpuszczani samotnie na szlaki w rezerwacie.
Super widowisko w sumie.Niby się widziało w zoo, ale gdy między nami a małpami nie ma krat, mogą łazić gdzie chcą no i dookoła gorąco i parno jak to w dżungli, to inaczej się wszystko odbiera. Nie przeszkadzała nawet wspomniana wycieczka szkolna, bo towarzystwo było cicho i jakoś się rozproszyło...
Przygadałem parkę Holendrów, którzy przyjechali tutaj taksówką z miasta i mieli nią wracać (niezły motyw swoją drogą: taksówką do dżungli) i poprosiłem, żeby nas podrzucili albo do miasta skąd się cofniemy na lotnisko albo od razu na lotnisko jeśli będzie po drodze.
Nowi znajomi okazało się, że też niedawno przylecieli z Europy a ich trasa circa pokrywa się z naszą. Daliśmy im 20RM za przysługę i teraz czekamy na lotnisku z nadzieją, że nasze główneplecorki dolecą wreszcie do nas. Gdy odzyskamy kabel USB, to bedzie można zacząć wrzucać zdjęcia...:)
Dalej zamierzamy się wbić do hotelu i pogadać w agencjach na miejscu, żeby sprawdzić czy wypady do DanumValley albo w podobne miejsce nie są przypadkiem tańsze w osobistej konfrontacji niż przy kontaktach przez internet
piątek, 28 października 2011
Przylecieli do Bamgoku
Lot byl Ok glownie dlatego ze mielismy obok siebie wolne siedzenie i mozna sie bylo jakos zwinac do snu. Poza tym Finnair sie nie popisal. Slabiutki system video. Beznadziejne jedzenie. A Donke o malo nie wysadzili, bo pila sobie kulturnie z kieliszeczka winko kupione na lotnisku. Przylazl lyay finski steward (jak mozna zatrudniac takich brzydkich facetow!) i kazal oddac winko :(
Ps. Wlasnie sie okazalo, ze nasze glowne plecaki zostaly w Helainkach. Dostalismy 70 eur rekompensaty a plecaki maja doleciec na Borneo jutro o 17:00. Zobaczymy
Przez to wszystko, ledwo zdazylismy na samolot do Kuala Lumpur (proszac ludzi w kolejkach i uprawiajac szalenczy bieg przez cale lotnisko). W dodatku zabralo Donce taki malutki nozyk victorinoxa, ktory do tej pory przechodzil przez wszystkie kontrole :(
Nic to. Siedzimy juz w samolocie i za 3 godz bedziemy w Malezji
Helsinki cd
Czekamy na nasza "ostatnia wieczerze" czyli ostatni posilek europejski. Przed nami 3 tygodnie na ryzu i makaronie wiec zamowilismy burgera i pizze.
Donia wprawila kelnera w poploch bo zazadala cieplego! piwa. W kraju sw. Mikolaja wszystko jest jednak mozliwe i - po przetrzasnieciu czelusci magazynow - facet wylonil sie z puszka cieplego stouta
Helsinki
Okazalo sie ze nie wydrukowalismy boardin pass z AirAsia wie. W Bangkoku czeka nas szukanie drukarki
W dibrych humorach za godzinke opuszczamy Unie Europejska. A teraz zjemy cos z renifera zanim Mikolaj zabierze je na przejazdzke...
czwartek, 27 października 2011
Zaczynamy
Juz za 4 godziny, wielki srebrzysty ptak wzbije sie w przestworza...
Eeee. Taki styl pisania nie przystoi ludziom ubranym juz w szmatki do noszenia w tropikach, ktore to i schna szybko i pijawke na nich latwo wytropic. Wiec moze jeszcze raz.
Plecorki spakowane. Stoja sobie na podlodze i czekaja zeby je zarzucic na ramie. W sumie malo tego bagazu bierzemy (45 litrow), bo zapewne trzeba go bedzie taszczyc samemu przez dzungle i krzaczory. Pozostalo zapiac na sobie paski z paszportami i rozna egzotyczna waluta (od dolarow singapurskich przez tajskie baty do tradycyjnych "zielonych") i wsiadac w taksowke na lotnisko.
Pogoda wybitnie sprzyja opuszczaniu ojczyzny na pare tygodni, bo mimo ze ladnie i zloto, to jednak jesien w drzwiach i rzadko kiedy juz powyzej 12 stopni. Na Borneo pogoda ustabilizowana, codziennie 32-35 stopni i pada dwa razy dziennie. No ale w takiej temperaturze to ak normalny prysznic.
Lecimy o 18:00 Finnair'em z Gdanska do Helsinek i potem ta sama linia do Bangkoku. Bedziemy tam jutro, 28.10 okolo14:00 i zaraz mamy przediadke na AirAsia do KualaLumpur gdzie bedziemy ok. 18:00ichniego czasu. Maly nocleg i rano lot juz na Borneo do Kuchingu.
Ramowka przewiduje na poczatek ogladanie orangutanow w kawalku dzungli pod Kuchingiem a potem przelot d Gunung Mulu aby na 5 dni pojsc z kapcia w prawdziwa dzungle, ze spaniem na matach, pod moskitierami itd. dalszy ciag pierwszych dwoch tygodni zdecyduje sie juz na miejscu. Za to trzeci tydzien jest juz zarezerwowany na nurkowanie na wyspach Mabul i Sipadan, w towarzystwie zolwi, rekinow, plaszczek i wszystkiego co tam zyje na rafie koralowej...
No zobaczymy. Juz niedlugo. Wreszcie :)