Po dojechaniu na lotniskow Kuala Lumpur, przećwiczyliśmy procedurę drukowania boarding pass po przystawianiu smartfona do skanera. Zadziałało z marszu - kolejne punkty dla AirAsia - i już po chwili siedzieliśmy w hali odlotów nad kubeczkami kawy i podjadając coś co się nazywa PAU: taka jakby nasza kluska na parze z nadzieniem w środku: kurczak, wołowina, fasola, coś słodkiego... Generalnie sympatico.
Wypłaciliśmy z bankomatu odszkodowanie od FinnAir'a przeliczając na czuja Euro na Ringitty, bo na karcie pokazało nam, że mamy 268USD a to coś za dużo i nie chcieliśmy niechcący zaciągnąć kredytu :)
Lot na Borneo minął bez większych emocji o ile nie liczyć wycieczki połowy dzieci z KL, które najwyraźniej właśnie dzisiaj musialy jechać z rodzicami do Kuchingu. Oczywiście radość i wszelkie inne uczucia wyrażały ile sił w maleńkich płucach, co na Donce - ciagle na jetlagu - robiło dość piorunujące wrażenie.
Borneo z lotu ptaka wygląda jak jeden wielki obszar zieleni, poprzerywany wijącymi się jak węże rzekami.
Na lotnisku kupiliśmy kupon na taksówke i z tym papierkiem udaliśmy się do autka. Kierowcy powiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć orangutany w Semenggoh Center. Okazało,się że nie można tam dojechać z lotniska inaczej jak taksą (a jechać do miasta i potem wracać na lotnisko po nasze zagubione bagaże wydawało nam się przesadą).
Wg Lonely Planet,Semanggoh,to parohekarowy obszar dziewiczej dżungli, w którym następuje przystosowywanie do życia w dzikości tych orangutanów, które z jakiegoś powodu musiały być wychowywane przez człowieka.
Wg LP, park miał być otwarty od 8 do 16 i mieć kilka szlaków, którymi można połazić.
I tyle teoria....
Zanim się zorientowaliśmy, że jest zamknięte dla gości do 14:00, nasza taksówka odjechała a nam pozostało posiedzieć dwie godzinki na przystanku autobusowym i poczytać przewodnik oraz podrzemać. Po chwili dosiadł się do nas chłopaczek lokalesowy, który czekał na autobus do Kuchingu. Porozmawialiśmy sobie o tym co fajnego zobaczyć, zjeść i poczuć na Borneo.Świetnie mówił po angielsku. Podyktował nam nazwę potrawy, którą podobno trzeba spróbować będąc w Kuching: rojak sotong (zdaje się, że coś z warzywami i chyba rybą, ale tego pewien nie jestem - aż tak dobrze nasz znajomy nie mówił :)
O 14:00 weszliśmy do rezerwatu poprzedzani przez wycieczkę szkolną. Szliśmy razem jakieś 1,5 km a Donka miała ubaw, bo wyglądałem jak przewodnik stada. Zresztą dzieci też miały dużą radość z dwójki białasów drepczących razem z nimi przez dżunglę.
W głębi lasu, na polanie, czekał leśniczy a na drzewie tuż obok siedziała Pani Orang Utan z młodym. Wyprawiali akrobacje na drzewach i złazili na ziemię po serwowane przez leśniczego banany (dorosły orangutan wsadza sobie do paszczy 3 banany i jeszcze ma skubany miejsce).
Potem przylazła cała reszta małpiej rodziny.Nie pojawił się tylko naczelny samiec, ale może to i dobrze, bo (a)waży 140kg, jest 8-krotnie silniejszy od dorosłego mężczyzny, (b)napadł w zeszłym tygodniu leśnika,co było powodem, że goście nie byli wpuszczani samotnie na szlaki w rezerwacie.
Super widowisko w sumie.Niby się widziało w zoo, ale gdy między nami a małpami nie ma krat, mogą łazić gdzie chcą no i dookoła gorąco i parno jak to w dżungli, to inaczej się wszystko odbiera. Nie przeszkadzała nawet wspomniana wycieczka szkolna, bo towarzystwo było cicho i jakoś się rozproszyło...
Przygadałem parkę Holendrów, którzy przyjechali tutaj taksówką z miasta i mieli nią wracać (niezły motyw swoją drogą: taksówką do dżungli) i poprosiłem, żeby nas podrzucili albo do miasta skąd się cofniemy na lotnisko albo od razu na lotnisko jeśli będzie po drodze.
Nowi znajomi okazało się, że też niedawno przylecieli z Europy a ich trasa circa pokrywa się z naszą. Daliśmy im 20RM za przysługę i teraz czekamy na lotnisku z nadzieją, że nasze główneplecorki dolecą wreszcie do nas. Gdy odzyskamy kabel USB, to bedzie można zacząć wrzucać zdjęcia...:)
Dalej zamierzamy się wbić do hotelu i pogadać w agencjach na miejscu, żeby sprawdzić czy wypady do DanumValley albo w podobne miejsce nie są przypadkiem tańsze w osobistej konfrontacji niż przy kontaktach przez internet
Wypłaciliśmy z bankomatu odszkodowanie od FinnAir'a przeliczając na czuja Euro na Ringitty, bo na karcie pokazało nam, że mamy 268USD a to coś za dużo i nie chcieliśmy niechcący zaciągnąć kredytu :)
Lot na Borneo minął bez większych emocji o ile nie liczyć wycieczki połowy dzieci z KL, które najwyraźniej właśnie dzisiaj musialy jechać z rodzicami do Kuchingu. Oczywiście radość i wszelkie inne uczucia wyrażały ile sił w maleńkich płucach, co na Donce - ciagle na jetlagu - robiło dość piorunujące wrażenie.
Borneo z lotu ptaka wygląda jak jeden wielki obszar zieleni, poprzerywany wijącymi się jak węże rzekami.
Na lotnisku kupiliśmy kupon na taksówke i z tym papierkiem udaliśmy się do autka. Kierowcy powiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć orangutany w Semenggoh Center. Okazało,się że nie można tam dojechać z lotniska inaczej jak taksą (a jechać do miasta i potem wracać na lotnisko po nasze zagubione bagaże wydawało nam się przesadą).
Wg Lonely Planet,Semanggoh,to parohekarowy obszar dziewiczej dżungli, w którym następuje przystosowywanie do życia w dzikości tych orangutanów, które z jakiegoś powodu musiały być wychowywane przez człowieka.
Wg LP, park miał być otwarty od 8 do 16 i mieć kilka szlaków, którymi można połazić.
I tyle teoria....
Zanim się zorientowaliśmy, że jest zamknięte dla gości do 14:00, nasza taksówka odjechała a nam pozostało posiedzieć dwie godzinki na przystanku autobusowym i poczytać przewodnik oraz podrzemać. Po chwili dosiadł się do nas chłopaczek lokalesowy, który czekał na autobus do Kuchingu. Porozmawialiśmy sobie o tym co fajnego zobaczyć, zjeść i poczuć na Borneo.Świetnie mówił po angielsku. Podyktował nam nazwę potrawy, którą podobno trzeba spróbować będąc w Kuching: rojak sotong (zdaje się, że coś z warzywami i chyba rybą, ale tego pewien nie jestem - aż tak dobrze nasz znajomy nie mówił :)
O 14:00 weszliśmy do rezerwatu poprzedzani przez wycieczkę szkolną. Szliśmy razem jakieś 1,5 km a Donka miała ubaw, bo wyglądałem jak przewodnik stada. Zresztą dzieci też miały dużą radość z dwójki białasów drepczących razem z nimi przez dżunglę.
W głębi lasu, na polanie, czekał leśniczy a na drzewie tuż obok siedziała Pani Orang Utan z młodym. Wyprawiali akrobacje na drzewach i złazili na ziemię po serwowane przez leśniczego banany (dorosły orangutan wsadza sobie do paszczy 3 banany i jeszcze ma skubany miejsce).
Potem przylazła cała reszta małpiej rodziny.Nie pojawił się tylko naczelny samiec, ale może to i dobrze, bo (a)waży 140kg, jest 8-krotnie silniejszy od dorosłego mężczyzny, (b)napadł w zeszłym tygodniu leśnika,co było powodem, że goście nie byli wpuszczani samotnie na szlaki w rezerwacie.
Super widowisko w sumie.Niby się widziało w zoo, ale gdy między nami a małpami nie ma krat, mogą łazić gdzie chcą no i dookoła gorąco i parno jak to w dżungli, to inaczej się wszystko odbiera. Nie przeszkadzała nawet wspomniana wycieczka szkolna, bo towarzystwo było cicho i jakoś się rozproszyło...
Przygadałem parkę Holendrów, którzy przyjechali tutaj taksówką z miasta i mieli nią wracać (niezły motyw swoją drogą: taksówką do dżungli) i poprosiłem, żeby nas podrzucili albo do miasta skąd się cofniemy na lotnisko albo od razu na lotnisko jeśli będzie po drodze.
Nowi znajomi okazało się, że też niedawno przylecieli z Europy a ich trasa circa pokrywa się z naszą. Daliśmy im 20RM za przysługę i teraz czekamy na lotnisku z nadzieją, że nasze główneplecorki dolecą wreszcie do nas. Gdy odzyskamy kabel USB, to bedzie można zacząć wrzucać zdjęcia...:)
Dalej zamierzamy się wbić do hotelu i pogadać w agencjach na miejscu, żeby sprawdzić czy wypady do DanumValley albo w podobne miejsce nie są przypadkiem tańsze w osobistej konfrontacji niż przy kontaktach przez internet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz