Wstaliśmy uwaga uwaga - znowu o 6:30. O 7:30 mieliśmy już wypłynięcie łódką na rzekę. W planie zwierzaki nadrzeczne oraz jeziorko Oxbowl, na którym mamy wsunąć śniadanko i połazić po dżungli dookoła jeziora w poszukiwaniu wszelakiej zwierzyny, w tym ptaków i pytonów. Na razie największy postrach budzą pijawki, których lasy są ponoć pełne. W każdym razie nawet nasz przewodnik zakłada leach socks (rodzaj ortalinowej podkolanówki, która chroni przed ugryzieniem przez pijawkę. Nie do końca jest to najlepsze rozwiązanie, ale o tym za chwilę.
Na razie odbijamy od przystani. Razem z nami płynie para sympatycznych londyńczyków urodzonych w Kenii i Jemenie. Po drodze do jeziora widać przede wszyskim ptaki, różne rodzaje czapli i hornbilli. Na samym jeziorze zjadamy przywiezione kanapki. Rzucenie paru okruchów za burtę ujawnia, że jeziorko jest pełne ryb. Skaczą jedna przez drugą co i raz rozganiane przez duże rybsko podpływające od dołu i jednym chapsnięciem wciągające pół krakersa. Chyba tilapie albo panga...
Dobijamy do brzegu i zaczynamy spacer po lesie. Jest tu naprawdę błotniście a las jest tak gęsty, że iść się da jedynie ścieżkami wydeptanymi przez słonie.
Od razu na samym początku natykamy się na pijawkę. Nie jest jednak jak jej kuzynki z Sarawaku przywiązana do ziemi, lecz siedzi sobie na spodniej stronie liścia i jak tylko poczuje ciepło przechodzącego obok człowieka, to wydłuża się kilkukrotnie i usiłuje przyczepić do czegokolwiek. W czasie krórkiego spaceru jednej udało przyssać się do paznokcia na moim kciuku a druga już zaczynała poszukiwanie żyły w zgięciu mojego łokcie. I to by było tyle w temacie przydatności skarpet pijawkowych w dżungli (moim zdaniem są zbędnym wydatkiem; długie skarpety, spodnie wpuszczone w buty i częste ogladanie siebie nawzajem plus repelent na skórze wydaje się dużo lepszym rozwiązaniem).
W czasie spaceru zauaważamy jakieś strasznie kolorowe ptaszyska. Przewodnik raczy nas opowieściami o rosnących dookoła drzewach. Pierwszy raz widzimy heban w naturze. Ciekawie też wygląda figowiec: drzewo, które rośnie od góry do dołu. na czubku istniejącego drzewa ptak składa nasionko figowca, które wypuszcza w górę i w dół korzenie (liany), te gdy sięgną ziemi zaczynają się pogrubiac i zaciskać wokółdrzewa-gospodarza. Po pewnym czasie gospodarz zamkniety jest w trumnie z korzeni figowca i umiera a figowiec już jako samodzielne drzewo rośnie sobie dalej w najlepsze. Taka zmyślna roślinka.
Potem już tylko ślady słoni, kolejne pijawki itd. Całkiem ciekawy spacer.
Wracamy do łódki. Przewodnik proponuje, że - za dopłatą - w ramach popołudniowego wypadu zawiozą nas trochę dalej, w miejsce żerowania tutejszych słoni. Z miny jego i sternika widać, że rżną nas z ceną aż miło, ale (1)w sumie po te słonie właśnie przyjechaliśmy nad Kinabatangan, (2)25zł/głowę to nie jest aż tak strasznie. Godzimy się więc a przewodnik konfidencjonalnie prosi żebyśmy o tym nie mówili w hotelu, bo dostanie opieprz od swojego manadżera.
Po lunchu idziemy na spacer do pobliskiej wioski Sukau, w której ma ponoć być kawiarenka internetowa. W istnienie tejże bardzo wątpimy, bo po drodze mijamy niemal doszczętnie zrujnowane chatki i nic nie wskazuje, żeby cokolwiek podobnego do łączności sieciowej kiedykolwiek zawitało do Sukau (Lonely Planet już nie wierzymy, gdyż wg książki internet miał być także w naszym hotelu a załoga zarzeka się, że jak hotel hotelem, nigdy internetu w nim nie było).
Mijamy więc lokalny meczecik (tradycyjne wołanie na modlitwę jest tu wyjątkowo ładne; w większości miejsc przypomina - w naszych europejskich uszach - wycie kotów do księżyca, natomiast w Sukau muezin stara się wyśpiewać wszystko bardzo melodyjnie i nawet nie tak bardzo głośno...). A za meczetem wchodzimy do malutkiej chatki z jakimiś odrapanym szyldem nad drzwiami.... A tam - normalna state of the art serwerownia, śmigajacy na całego internet i nawet wifi. W dodatku, za używanie własnego laptopa do łączenia się z internetem nie jest pobierana żadna opłata... A to wszystko w zapadłej wiosce na Borneo, w której kończy się droga a wokół rozpościera się dżungla... Wypas.
Wracamy do hotelu w dobrych humorach, bo zaległe blogi udało się wrzucić i zdjęcia zbackupować. Po drodze widzimy kozła, który rozłożył się na środku szosy i nie zwraca uwagi na przejeżdżające koło niego samochody. Zresztą auta też, bez żadnego nerwowego trąbienia, omijają zwierzaka. Jakoś się tu wszyscy ze sobą dogadują.
W hotelu zaczynamy obgadywać opcje naszego powrotu z Sukau. Na wstępie okazuje się, że hotel nie zamierza nas odwieźć nawet na skrzyżowanie z główną szosą Sandakan-Lahad Datu. Przywieźć stamtąd gości - OK, ale odwieźć - nie, nie... Poirytowany, trochę wjeżdżam im na ambicję, wypominając cenę 2xdroższą niż w przewodniku, brak internetu, mrówki w pokojach... Skutkuje to o tyle, że po chwili dostajemy propozycję odwiezienia łódką wraz z naszymi londyńczykami do...Sandakanu. Jest to dokładnie w druga stronę niż Semporna, do której zmierzamy, ale kojarzymy już, że z Sandakanu mamy lot za 90zł/os do Tawau, które jest jakieś 30km od Semporny więc oczywiście korzystamy z okazji darmowego tranposrtu łodzią. Zwłaszcza, że to oznacza możliwość pooglądania natury nad rzeką przez jakieś dodatkowe 2-3godziny.
Popołudniem jedziemy na słoniowe safari. Trzeba przyznać naszemu przewodnikowi, że potrafi po śladach na brzegu rozpoznać czy słonie były tu przed chwilą czy dawniej i w końcu namierza te wielgachne ssaki. W pierwszej chwili zwiewają przed nami, ale my pozostajemy w zasadzce. Wkrótce, pomimo koszmarnej ulewy, która w międzyczasie lunęła, słonie defilują przed nami przechodząc przez małą groblę na jednym z dopływów rzeki. Jeden z nich jest kontuzjowany i biedak ledwo idzie :( Pięknie to wygląda i w pełni wynagradza przemoknięcie do suchej nitki.
Drogepowrotną urozmaica stado proboscis monkeys siedzących na jednym z drzew i układających się do snu. Pocieszne zwierzaki z tymi wydłużonymi nosami :)
Wieczorem lunchyk i ogladanie zdjęć z naszymi Kenijczykami. mili ludzie. Zapraszają nas do swojego domu w Londynie. Kto wie, kto wie...
Idziemy spać i po raz ostatni myjemy się wodą, która jest pompowana z rzeki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz