Rano wbijamy się we czwórkę do większej łodzi (dwa silniki zapowiadają szybszą jazdę) i ruszamy wkierunku Sanadakanu (jeszcze tylko żegnamy się z wężem mangrowym wypoczywającym sobie w najlepsze pod daszkiem naszej jadalni...).
Po drodze widzimy większe stadko słoni i znowu aparaty idą w ruch. Te zwierzaki na wolności, chyba się nie mogą znudzić. Wyglądają naprawdę dostojnie. A już jak zaczną trąbić...
Droga trwa i trwa. Jeszcze mały przystanek żeby sfotografować krokodyla i dalej już przez rzekę i zatokę morską do samego Sandakanu.
Miasto nie powala.Jest - zwłaszcza po tygodniu w dżungli - hałaśliwe i tłoczne. Po bezskutecznym szukaniu lokalu, w którym byłaby i kawka i darmowe wi-fi, dajemy za wygraną i transportujemy się na lotnisko. Lot mamy o 16:05 więc jeszcze kupa czasu.
Po różnych poszukiwaniach lądujemy w końcu w kawiarni 2km od lotniska, gdzie popijamy kawkę i znowu wrzucamy do sieci najświeższe zdjęcia... (szkoda, że dzieci jeszcze śpią, możnaby pogadać przez Googla ....)
super wyprawa,życzymy szczęścia.
OdpowiedzUsuń