Raniutko czekał na nas Palin i zawiózł nas vanem na dworzec autobusowy do Lahad Datu. Od razu złapalismy autobus do Sandakanu, który miał nas wyrzucić na skrzyżowaniu z drogą do Sukau.
Do Sukau jedziemy głównie po to, żeby pływając rzeką Kanalibatan popodglądać po raz ostatni życie dżunglowe w postaci małp,słoni i ptaków.
Autobus wysadził nas tam gdzie prosilismy, czyli przy dużym rondzie łączącym trasę do Sandakanu z drogą do Sukau. Jak wszędzie w takich miejscach, tak i tutaj czekała gromadka mężczyzn,którzy transportują takich jak my do wiosek leżących nad rzeką. Sęk tylko w tym, że van rusza, gdy się zapełni a jak ktoś nie chce czekać, to musi go charterować za jakieś chore pieniądze.
Po godzinie czekania zacząłem dzwonić do hotelików wymienionych w przewodniku LP z pytaniem czy, któryś nie zechciałby sobie przywieźć gości na dwie noce (czyli zabrał nas z tego cholernego ronda). Odezwała się Riverside Lodge i - chociaż rzuciła sporą cenę - to poprosiłem żeby nas stądzabrali (jak sobie teraz pomyślę, to gdyby nie upał na tym rondzie i perspektywa niewiadomych godzin czekania na odpowiednio liczną grupę podróżującą do Sukau, to na pewno byśmy się nie zdecydowali za ten hotelik).
Po przyjeździe na miejsce powitała nas miła załoga. Okazał się, że za nasze koszmarne pieniadze nie mamy nawet klimy, ale nic to.
Po bardzo smacznym śniadanku zabrało nas łódką wzdłuż jednej z rzek. No nie powiem, rzeka ładna, dżungla po bokach też, przewodnik się starał, ale.... większość zwierząt, to były makaki czyli małpy tak popularne tutaj jak u nas bezpańskie koty.
Dobrze, że w drodze poworotnej udało się wypatrzeć Proboscis z tymi ich śmiesznymi nosami oraz green leaf monkeys. Zawsze to jakaś nowość.
Słonie podobno są daleko stąd. Zobaczymy czy uda nam się tam dopłynąć jutro...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz