Coś często wstajemy o światniu na tych wakacjach. Dzisiaj też zerwaliśmy się przed 6:00 żeby coś tam na żołądek wrzucić i objechać dżunglę gdy budzi się do kolejnego dnia. W planie też jest spacerek na błotny wulkan...
Śniadanko nie powiem zacne: tosty, makaron z jajkami, owoce, kawusia... Jednym słowem jadłospis prawdziwego Tarzana :)
Wpakowaliśmy się na naszego Hiluxa i zaraz za rogatkami natknęliśmy się na stado gibbonów wyczyniających niesamowite rzeczy w koronach drzew. Gibbony mają ręce wielokrotnie dłuższe niż nogi i potrafią się przerzucać w niesamowitym tempie z gałęzi na gałąź. W dodatku poszczególne grupy nawołują się dźwiękiem przypominającym bulgotanie wody. Zrobiły nam sympatyczny spektakl przedostając się z jednej kępy drzew na drugą.
Jakieś 200m dalej wjechaliśmy w stado makaków krótkoogoniastych. Spore małpki, wszędobylskie, ale wyglądają na stosunkowo agresywne i nie zachęcają do poufałości.
Dalsza przejażdżka upłynęła bez jakichś wielkich wrażeń.Może tylko - już idąc przez dżunglę - zaskoczył nas mysi jeleń: odmiana naszego jelenia, ale wielkości zaledwie sporego kota.
Dotarliśmy nad błotny wulkan, który okazał się w sumie dużą górą błota, na środku której bąbelkowała siwa maź. Podobno raz na rok jest trochę większy wybuch. Spora atrakacja przede wszystkim dla zwierzaków, bo błoto zawiera sporo soli i wszystkie gatunki przychodzą tu sobie polizać...
Odwieźliśmy tych bardziej zmęczonych Amerykanów do domków a samiz przewodnikiem i Dianą pojechaliśmy do core area- obszaru nietkniętej dżungli w środku rezerwatu. Widoki po drodze naprawdę oszałamiające. Mnie najbardziej podobały się drzewa rosnące na... czubku innego drzewa. Po prostu masz normalne drzewo, które sobie rośnie przy drodze w dżungli, ale na jego czubku stoi drugie- i to nie małe - drzewo.
Wypatrywaliśmy głównie ptaków i trzeba powiedzieć, że początkowe nabijanie się z bird watcherów trochę nam przeszło. Gdy - tak jak oni - wie się gdzie patrzeć aby dostrzec poszczególne gatunki, zna się ich zwyczaje itd., to takie jeżdżenie po dżungli z lornetkami może się okazać całkiem ciekawym zajęciem. Zwłaszcza gdy ma się taką lornetkę jaką miała Diana - produkcji Svarowskiego (czyli robią nie tylko biżuterię) i kosztującą 2500 USD - nawet nasi przewodnicy byli zachwyceni.
Na wzgórzo mieliśmy dłuższy postój, bo Diana i Palin (nasz przewodnik) uparli się zobaczyć jakiegoś super-rzadkiego ptaka. Darł dziób w naszym pobliżu a nie było cholery widać w gęstwienie. Wreszcie wypatrzyła go Donka i to wtedy gdy znudzona położyła się na siedzeniu samochodu. Od razu urosła do rangi super-bird-watchera i strasznie się ważna stała od tej pory :)
Wrócilismy na lunch, liznęliśmy trochę odpoczynku i znowu w objazd wieczorny z nadzieją na spotkanie słoni.
Pierwsze jednak z dużych ssaków napatoczyły się na nas brodate dziki. Stały jakieś 20m za zakrętem, z którego wyjechaliśmy i patrzyły się na intruzów. Po zapozowaniu do zdjęć, poszłyyy w krzaczory.
Po takiej przystawce apetyty zaostrzyły się na danie główne- słonie. I rzeczywiście, wracaliśmy już po ciemku, ale w pewnym momencie przed nami pojawiły się pierwsze dwa słonie. Dogonilismy je szybko i można było je dokładnie obejrzeć i... poczuć. Słoń wydaje bardzo charakterystyczny zapach i nawet nasze niewprawne nosy były w stanie podpowiedzieć, że te trębacze są w pobliżu. Widać było, że się na nas wkurzyły, bo oprócz trąbienia po krzakach wydawały dźwięk do złudzenia przypominający ciężki motocykl. Po chwili pojawiły się przed nami dwa następne słonie, ale szybko zwiały w krzaczory. Postaliśmy jakies 20min, ale nie uznały za stosowne się pokazać.
W drodze powrotnej, przewodnik podświetlił wysoko w koronie drzewa latającą wiewiórkę. Po paru minutach, zniecierpliwiona tym światłem skoczyła. Wow, co to był za lot - trwał dobre 8sek i liczył z górką 100m. Po prostu płynęła przez powietrze, ciągle podświetlana przez nasz reflektor. I chyba to jest widok, który najbardziej zapamiętam z Tabin'a.
Wieczorkiem załatwiliśmy nasze sprawe transportowe (znowu wyjazd jutro o 6:30) i zakupiliśmy sobie pamiątkowe koszulki polo z logo Tabin Wildlife Reserve. Mejsce warto zapamiętać. Drogo, ale warte wydanych pieniędzy.
Po przeżyciu jeszcze jednej komercyjnej atrakcji, czyli odciskaniu ręki ubrudzonej błotem z wulkanu na "certyfikacie" rezerwatu, padliśmy spać. To niesamowite, ale praktycznie zasypiamy tu kamieniem ok. 21:00 i śpimy jednym ciągiem do rana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz