poniedziałek, 7 listopada 2011

Lahad Datu - Tabin Wildlife

Około 13:30 podjechał minivan z Tabin Wildlife Reserve (TWR) i wpakowaliśmy się do środka. Tym razem towarzyszami naszej podróży jest czwórka Amerykanów tak w okolicach 60-tki.Zawalili cały samochód bagażami, bo podróżują głównie żeby nurkować i wożą ze sobą cały potrzebny sprzęt oprócz butli. Rozgadani jak wszyscy z kraju hamburgerów no i skłonni do sef-marketingu i radzenia innym jak robić różne rzeczy najlepiej. Jak się już to przeżyje, to okazują się całkiem mili no i podrożują trochę po świecie więc zawsze to ciekawie posłuchać.
Po jakichś 20min, vanik zjeżdża z szosy i dalej jedziemy drogą gruntową. Mamy szczęście, że najwyraźniej tutaj nie padało, bo bez napędu na 4 koła byłoby bez szans.
Już w drodze do parku (jedzie się przez okrągłą godzinę mając z jednej strony plantacje a z drugiej normalną dżunglę) widzimy pierwsze zwierzaki. Najpierw przez drogę przechodzi leniwie olbrzmia jaszczurka monitor lizard a potem jej koleżanka wyleguje się na poboczu.
Po przyjeździe nam szczęka lekko opada. Niby wiedzieliśmy, że skoro kosztuje to spore pieniądze (nie było specjalnie wyjścia, jak chcesz zobaczyć zwięrzeta w parku o brzasku i zachodzie, to musisz mieszkać w parku a tu sobie liczą...), to raczej nie ma co się spodziewać wieloosobowej sali do spania i kuchni do własnego uzytku, ale to co zobaczyliśm trochę przerosło oczekiwania.
Przed domkiem-recepcją powitała nas pani z tacą pełną morkych ręczników aby przetrzeć się po trudach podróży (sic, teżmi trudy - 1.5 godz w klimatyzowanym vanie zaledwie w 6 osób). Potem wypełniliśmy dokładny kwestionariusz meldunkowy (sic2: meldunek w dżungli:) i zwolniliśmy park od jakiejkolwiek odpowiedzialności za krzywdy jakie się tu nam mogą wydarzyć.
Zawieziono nas do naszych domków umiejscowionych na skarpie nad leśną rzeką w gęstej dżungli. Mamy znowu dla siebie domek z pokojem jakieś 20m.kw. i łazienką. No trudno. Nasze zdolności adaptacyjne są niezmierzone :)
Praktycznie po godzinie wyszliśmy z domku żeby stawilić się przy kafeterii i przejechać się z przewodnikiem po dżungli i zobaczyć co ciekawego popołudniem się tu dzieje.
Zaraz za drzwiami domku nas zamurowało. Dosłownie o parę metrów o nas, na gałęziach drzewa przed domkiem, siedziała para białych hornbilli królewskich. Ptak wielkości dużego koguta, czarny z białym ogonem i czubem piór na głowie,siedział i gapił się jak ubieramy się w swoje buciory. Myślelismy, że może to jacyś tubylcy nachodzacy turystów o jedzenie, ale okazało się póżniej, że zobaczenie tych ptaków to w sumie rzadkość i często ci, którzy przyjeżdżają aby obserwować tylko hornbille (jest 6 gat) akurat tej odmiany dostrzec nie moga....
Zaraz po ruszeniu, przewodnik wypatrzył dla nas długoogoniastego makaka. Siedziała na gałęzi nad rzeką i gapiła się małpa jedna. Trochę dalej, przy samej drodze buszowało stado różowotyłkowych małp, które odwalały skoki z gałęzi na gałąź niczym akrobaci w radzieckim cyrku.
Hit przyszedł trochę później, bo w oddali między drzewami zobaczyliśmy charakterystyczne sylwetki orangutanów. Orangutan w dziczy - czad.
Poza tym było sporo ptaków, ale mnie rzucał na kolana zapach dżungli. Po prostu szał i orgia różnych woni: kwiatów,lian (tak tak - pachną i to intensywnie), butwiejących liści... Żyć nie umierać.
Praktycznie przy samej dyrekcji parku, okazało się że na czubku drzewa siedzi latajaca wiewiórka. Dopóki siedziała, to wyglądała jak poczciwy rudzielec z polskich lasów. Natomiast gdy skoczyła z czubka drzewa i rozpostarła skórę między swoimi łapami... Niezły widok - leciała dobre 5 sek i jakieś 60m (a podobno rekordy w okolicach 150-180m).
Po powrocie zaserwowało(!) nam kolację na tarasie kafeterii (można nawet zamówić sobie winko jeśli ktoś ma za dużo o 80RM w kieszeni). O 20:30 zacząła się druga atrakcja dzisiaj - nocna przejażdżka dżunglą.
Na wypróbowanym już Hiluxie znalazł się przewodnik z reflektorem punktowym i ruszyliśmy.
Z miejsca wypatrzył różne dzikie koty pochowane po drzewach. Potem wysoko w koronach drzew podświetlił latające wiewiórki.
Hit znowu nadszedł w połowie drogi, bo światła toyoty i punktowiec wyłoniły z ciemności kształty... słoni!
Akurat stadko słoni przechodziło drogę i dało się obejrzeć przez krótką chwilę zanim zniknęło w krzakach.To sa słonie pigmejowate więc nie większe jak ok. 2m w kłębie, ale wszystko mają słoniowe i nawet trąbią na tych swoich nosotrąbkach :)
Super wrażenie - spotkać nocą słonia w dżungli.
Teraz już jesteśmy znowu w domku i w planie mamy zameldowanie się na śniadaniu o 6:30 żeby podejrzeć dżunglę o świcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz