Po standardowym skakaniu po lotniskach (z Kota Kinabalu do Kuala Lumpur a potem do Bangkoku) wreszcie lądujemy w samym backpackerskim sercu Bangkoku - na naszej ulubionej ulicy Rambutti niedaleko Khaosan Road
Duch tego miejsca zawsze mnie zadziwia i zawsze fascynuje i ujmuje za serce. Pewnie, że sporo tu komerchy, pewnie że ze sklepików i knajpek zalatuje szmirą, ale... Ale ludzie przyjeżdżają tu albo przed albo w trakcie albo po swojej Przygodzie. Są oderwani od swojej codzienności. Prawnicy, bankowcy i - nieprzymierzając - informatycy chodzą tutaj w postrzępionych koszulkach, kupują tanie t-shirty, dają sobie masować stopy za symboliczne 10zł... Warto tu pobyć chociaż jeden dzień żeby wchłonąć w siebie tego ducha i na długo zapamiętać, że są rzeczy które cieszą, które ma się w sobie...
Wbiliśmy się do hoteliku i wyruszyliśmy na poszukiwanie pamiątek i drobiazgów dla bliskich.
Przebijamy się przez różne stoiska, targujemy (zawsze zaczynając od 50% ceny wywoławczej i lądując w okolicach 60-70%). Miło się tu robi zakupy. Wiadomo, że jesteś okrutnie naciągany, ale... no właśnie, czy będzie się to pamiętało za parę miesięcy patrząc na pamiątkowe t-shirty, rzeczy stojące na szafkach czy wiszące na ścianach?
Daliśmy sobie zrobić za 20zł od łebka świetny tajski masaż. Teraz czekam na Donkę, która gdzieś tam robi sobie manicure i pedicure. Sam robię zakupy urodzinowe dla mojego starzejącego się brata :)
A jutro pobudka o 6:00 i na lotnisko. Czas wracać...
Gdańsk - Helsinki - Bangkok -Kuala Lumpur - Kuching - Mulu - Limbang - Kota Kinabalu - Lahad Datu - Sukau - Sandakan - Tabin - Semporna - Mabul - Tawau... 28.10 - 19.11.2011
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz