O której się zaczął dzisiejszy dzień? No jak to, oczywiście że o 6:00 :)
Raniutko zjedliśmy śniadanie eby zdążyć je przetrawić przed 9:00 kiedy to mamy spotkać się ze Svenem na przystani. Sniadanko nie jest jakieś wyszukane (makaron, ziemniaczki, tosty, parówki itd) i stoi się po nie w kolejce jak na szkolnej stołówce, ale w cieplutki, wilgotny poranek zajada się je z przyjemnością...
Przed 9:00 idziemy na przystań, pobieramy swój sprzęt przy czym Donka robi upgrade - skoro woda ma tylko 28st, to oczywistym jest, że trzeba wypożyczyć bluzkę z długimi rękawami wkładaną pod 3mmwet suit :) Śmichy chichy, ale gdy siedzi się w wodzie i wykonuje ćwiczenia, to rzeczywiście robi się chłodniej po paru minutach. No a my tak siedzimy około godziny przy jednym nurkowaniu...
Dopływa łódź z Semporny i wysiadają z niej Sven i Nico. Sven okazuje się kudłatym, blond Niemcemo pogodnym usposobieniu i dość rzetelnym podejściu do nurkowania (no tak "po Niemiecku": wyluzowani jesteśmy ale ordnung must sein) :) nicoz kolei sprawia na pierwszy rzut oka wrażenia chłopca, który urwał się przerwy śniadanowiej w liceum żeby troche ponurkować. Jest też Niemcem i robi z namiadvance'a. Dość pocieszny człowiek, torchę fajtłapowaty,ale idzie przeżyć... Z późniejszych rozmów z nim wynika, że trochę sobie popracował i później rzucił robotę aby się powłóczyć po świecie. Gdy mu zabrakło pieniędzy, to przez 8 miesięcy zbierał pomidory w Australii. Podobna zresztą jest historia naszego instruktura. Sven podróżował trochę po świecie głównie nurkując, a gdy ujrzał dno swojej szkatuły, zrobił kurs divemastera a potem instruktora i teraz zarrabia na dalsze podróże.
Cały kurs zzaczyna się od zwyczajowej papierologii, w której zeznajemy, że jesteśmy zdrowi jak szczypiorek na wiosnę i że jeśli utoniemy to zrobimy to na wlasne życzenia i nasze rodziny nie będą się czepiać Scuba Junkie (no my, z naturlanych powodów czepiać byśmy się nie mogli :).
Na początek mamy nurkowanie z ćwiczeniami doskonalącymi pływalność. Zaczyna się od wyważania w wodzie - w efekcie czego każde z nas pozbywa się po kilogramie z pasa z odważnikami (proszę, a myślałem że raczej jestem niedoważony). Potem na dnie robimy różniaste figury ucząc się regulować oddychaniem swoją pływalność i pozostawać nieruchomy w toni (najlepsze, gdy trzeba wisieć głową na dół tuż nad dnem:). Następnie przychodzi nauka pływania pod wodą różnymi stylami. Na łopatki idziemy dopiero, gdy należy płynąć żabką do tyłu - no ni cholery nam to nie wychodzi :) Kulimnacja przychodzi, gdy mamy przepływać przez unoszące się w toni kwadraty i koła, tak żeby nie dotknąć plastiku. Nie powiem, po początkowych niepowodzeniach daje się to zrobić...
Po godzinie w wodzie wychodzimy na przystań, idziemy na kawkę i robimy klasówki w podręcznikach. Za chwilę nurkowanie z ćwiczeniami nawigacyjnymi. Sven pokazuje co i jak z kompasem. Będziemy pływać po prostej, po kwadracie i uczyć się obliczać przepłynięty dystans.
Nawet ciekawie się to dzieje pod wodą. Jeden moment jest najciekawszy, gdy Donka płynąc z Nico po kwadracie (pływa się w parach, jeden nawiguje drugi liczy ilość kopnięć płetwą i należy zrobić zadaną figurę) znikają nam na dobre z oczu. Po chwili Sven karze mi zostać na dnie i płynie ich poszukać. Jak się potem okazuje, Nico zrobił tylko trzy boki kwadratu i nie wiedział gdzie skręcić na ostatnim wierzchołku. Trochę się bractwo wystraszyło... :)
Po lunchu decydujemy się ostatecznie na dodatkowe nurkowania: Donia bierze fotografie podwodną i nurkowanie w prądzie a ja fotografię i nurkowanie nocne. Jako bonus, okazuje się że mogę towarrzyszyć Svenowi i Donce w nurkowaniu prądowym robiąc swoje (nocne) później tego samego wieczora - czyli zaliczam 4 nurki jednego dnia. Super.
Wsiadamy na łódź i płyniemy kilkanaście kilometrów w pobliże innej wysepki, gdzie - wg Svena - czeka na nas podwodna rafa wzdłuż której płynie podwodny prąd. Na łódce mamy ostateczną odprawę. Sven pokazuje Donce, jak będzie musiała nadmuchać bojkę, którą wypuszcza się na sznurku na powierzchnię aby łodzie wiedziały gdzie są nurkowie. Bojka nazywa się sosagge (parówka) i stwierdzeniem, że Donka musi uważać dmuchając bo jego parówka jest b. duża, Sven wprowadza dużo śmiechu w ostatnią odprawę (a chodziło o to, że taka nadmuchana parówka może pociągnąć za sobą nurka :)
Wskakujemy i od razu zanurzamy się na jakieś 10-12 metrów. Na rafie najpierw jest trochę roczarowująco, bo korale rosną w pewnej odległości od siebie i przeważa brąz i kolor piasku. Po chwili przepływamy nad brzegem rafy i schodzimy stromo w dół. No i tam się zaczyna dziać. Po pierwsze pojawia się naprawdę silny prąd. Po drugie, widać mnóstwo zwierzaków. Pochowane pod koralami siedzą duże zółwie. Jeden z nich szybuje obok nas w toni. W dziurach między koralami siedzą mureny i szczerzą swoje zębiska. Innych ryyb, dużych i małych, samotnych i w gęstych ławicach nawet nie liczę...
Na koniec Donka nadyma parówkę bezpieczeństwa i rzeczywiście ją ciągnie. Sven łapie ją za rękę i trzymając się kamieni, pokazuje jeszcze dużą płaszczkę leżącą na dnie pod jedną z gąbek. Wynurzamy się bez przygód i wracamy na wyspę.
Po ciasteczka i kawce, odrabiamy lekcje. Okazuje się też, że moje nocne nurkowanie będzie z innym divemasterem - Luke ma na imię.
Z Lukiem idziemy na przystań w zapadającym zmroku. Będziemy nurkować na pobliskiej rafie wprost z przystani. Luke obiecuje ośmiornice, mureny i tym podobne cuda. Co do mnie, to głównie niepokoję się żeby na coś w ciemności nie wpaść i się nie pokaleczyć. Dodatkowo Luke "uspokaja" informacją, że baracudy często interesuje światło latarek i zaczynają się tłoczyć wokół nurka - podobno jednak interesuje ich nie tyle nurek co światło jego latarki i ryby, które ono oświetla... No zobaczymy, inni sobie dają radę to pewnie i ja nie zginę... :) (chociaż moja latareczka podejrzanie mała jest :)
Wejście do wody jest łatwe, bo dookoła palą się światła przystani więc wchodzi się do trochę tajemniczej ale jednak podświetlonej wody. Schodzimy na jakies 14m i zaczynamy płynąć równolegle do rafy. Trzeba przyznać, że nie jest to w ogóle straszne. Latarki dają dużo rozproszonego światła i w sumie to trzeba się tylko troszczyć o płatwy, które są z tyłu i nie należy nimi zahaczyć o skały czy - zwłaszcza - siedzące na nich jeżowce.
Luke co chwila wygrzebuje z piasku jakieś kraby. Namierza też ze dwie ośmiornice, które pływają wokół nas, chodza po dnie przy pomocy swoich ramio aż wreszcie zagrzebują się w jedną z wielu dziurek w dnie.
Pod koralami siedzi jedna wielka ryba papuzia. Na oko jest wielkości całej mojej nogi. Spory rybol. Śpiący chyba bo w ogóle nie odpływa. Poza tym całem mnóstwo krewetek, cienkich i długi ryb śpiących pionowo, raki pustelniki łażą w swoich muszlach na grzbiecie itd. Bardzo dużo życia, wszystko jakby spowolnione i kolorowe aż boli w świetle latarek...
Cała trudność właściwie sprowadza się do pilnowania swoich płetw i do niewpadania na instruktora, co nie jest łatwe, bo jesteśmy bliżej siebie niż pływając w dzień i chcemy zobaczyć co tam oświetlamy swoimi latarkami...
Myślałem, że całość trwała jakieś pół godziny a siedzieliśmy w wodzie całe 60 min. Super doświadczenie, trzeba to będzie powtórzyć...
Po nurkowaniu kolacja, odrabianie lekcji i spanko. Rano wstajemy na nurkowanie głębokie - 30 metrów! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz