niedziela, 6 listopada 2011

Kota Kinabalu

Dzisiaj wpis za dwa dni, bo wczoraj nie było o czym pisać....

W sumie, to wczorajszy dzień spędziliśmy na próbach załatwienia sobie trekkingów w Tabin Wildlife i/lub Danum Valley. Trochę ci Malajowie powariowali z cenami. Jak już się wydawało, że udało się dojść do ładu z agendą obejmującą zarówno Tabin jak i rejs rzeką w pobliżu Sukau, gdy facet wyskoczył z zaporową ceną 7tys :)

Na skutek wczorajszych doświadczeń, kupiliśmy sobie na dziś zorganizowany wyjazd do Hot Springs (gorących  źródeł na zboczach Mt Kinabalu).

Od początku zaczęło się "dobrze". W vanie dosiedliśmy się do grupki hałaśliwych Chinczyków. Sądząc po ich ubiorze (klapeczki, biżuteria itd), to raczej nie szykowali się na spacery po dżungli.

Pierwszy przystanek był przy plantacji ananasów, gdzie zanabyliśmy za 4zł spory owoc, który sobie scyzorkiem wydzielaliśmy prosto w usta. Pycha.

Dalej, z wartych odnotowania wydarzeń, to widzieliśmy największy kwiat świata, czyli raflesie. Ta miała 75cm średnicy i rosła sobie w ogrodzie jakichś gospodarzy, niedaleko hot springs. Ciekawie wygladała: mięsista, kolorowa i w ogóle nie śmierdząca.

Pozostała część wycieczki upłynęła głównie na unikaniu chinoli i ich jazgotu. Chyba jednak się nie nadajemy na zorganizowane wypady :)

Jutro o7:00 rano wyolt do Lahat Datu. Spróbujemy sobie zmontować jakąś dżunglę tamże. Zobaczymy.
Pobudka o 5:00.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz